Centrum handlowe w biedniejszej dzielnicy. Ludzie bardziej nijacy, sprzedawcy bardziej niewyjściowi. Czuję się na miejscu. Dziwi tylko powierzchnia zajmowana przez gastronomię: KFC, chińczyk, kebab, Olimp, sushi, dwie piekarnie, dwie cukiernie. Pół dzielnicy się tu chyba stołuje. Jeszcze bardziej dziwię się, że jeszcze nie ma południa, a ludzie jedzą, dzikie tłumy. Co jest, kurwa? Nikt już w domu nie gotuje, czy jak? Nie jada się już śniadań przed wyjściem do pracy, że o jedenastej trzeba wciągnąć kebsa albo kurczaka w cieście kokosowym? Biedniejsza dzielnica, uboższe sklepy, mniejszy wybór. Tylko na parkingu jakby bez różnicy, samochody przeważnie dobre i w miarę nowe. W sumie nie znam się, nieistotne, tak jak i cała ta galeria, z całą tą wiecznie zapłakaną dzielnicą. Idę na tramwaj, przyjeżdża ten nowoczesny, szkoda. Nieadekwatnie. W środku stoję obok młodego chłopaka z jakimś ciężkim tikiem nerwowym, albo innym zespołem nie wiem czego. Słyszę go mimo dousznych słuchawek, co jakiś czas wydaje z siebie głośny, niekontrolowany dźwięk, jakby pohukiwał. Widzę spojrzenia innych pasażerów. Tak sobie myślę, jakie on musi mieć życie. Tak sobie myślę, że moje chyba nie jest najgorsze.
Miałem takie same odczucia tam. Czyż… by. No chyba że jakieś Tesco Prokocim.
Takie miejsca to centrum dobrobytu w postaci zarcia.
Za to w centralnych dzielnicach też tłum w godzinach południowych , tylko bogatych mających czas nie wiadomo skąd.
PolubieniePolubienie