Podróż na wschód zaplanowałem… parę dni temu. Dzień przed wyjazdem nie mogłem usnąć. Jak stara baba snułem jakieś wizje, w których rozpędzone ciężarówki taranowały nasz samochód. Wstałem niewyspany, żadna nowość, wziąłem dziedzica i pojechaliśmy w góry. Jak na amerykańskich filmach, ojciec i syn, sami stawiający czoło siłom natury. Tylko tam najczęściej wszystko kręci się wokół namiotu, łowienia ryb i uciekania przed niedźwiedziem, tutaj największy survival odchodzi głównie na parkingu.
W każdym razie pojechaliśmy. Przed wyjściem jeszcze posprzątałem wszystko ze zlewu, włączyłem zmywarkę, starłem kuchenny blat, wyrzuciłem śmieci z dwóch kubłów i do obu wsadziłem nowe worki. Jak stara baba przeczuwająca rychłą śmierć stwierdziłem, że skoro mogę nie wrócić, niech chociaż zostawię po sobie porządek. Moja żona ma chyba podobnie w takich sytuacjach, tylko ona zaklina rzeczywistość depilowaniem nóg. Bo przecież jakby się coś stało, to jakby to wyglądało, gdyby jakiś lekarz na miejscu wypadku rozciął jej spodnie i zobaczył (wysokie tony skrzypiec wysokie tony skrzypiec wysokie tony skrzypiec)… włosy!
Dojechaliśmy bezpiecznie, skoro piszę te słowa, to także wróciliśmy. Chociaż w drodze powrotnej na światłach w przysłowiowej Mszanie Dolnej otrąbił mnie jeden pan, bo zgasł mi silnik. Na zielonym! I nie mogłem ruszyć, bo nie słyszałem, że nie wrzucam jedynki. Chyba nie jestem gotowy na słuchanie muzyki w samochodzie, nie to doświadczenie. Pan mnie wyminął, czy tam ominął, pasem który na to nie pozwalał, wesoło trąbiąc przy tym. Ja ruszyłem sekundę za nim, również nonszalancko używając klaksonu. Takie pozdrowienie kierowców na polskich drogach. Jego „Hej, chyba masz kłopoty, uważaj, wyprzedzam cię, powodzenia!”. I moje „Dzień dobry! Już ruszyłem, udało się, wszystko w porządku, miłego dnia!”.
A góra, górka nawet, pokonała nas niestety. Nie tyle sam szczyt (szczytek), co warunki atmosferyczno-przyrodnicze. Normalnie wbiegamy na nią z zamkniętymi oczami, na jednej nodze, w dodatku tyłem, tym razem nie szło iść. Ale i tak, przez chwilę byłem tam, nie sam. Każdy ma takie Rivendell, na jakie sobie zasłużył.
