na bladym koniu wpław fosą

Diane, straciłem poczucie czasu, wiesz? Gdzieś zgubiłem kończący się właśnie tydzień, poprzedni też mi umknął. Utknął właściwie w czymś ciemnym, lepkim i kłującym. Ale wynurzyłem się z tej dziwnej mazi, o której lepiej abyś nie wiedziała, ponieważ wtedy nawet w połowie nie odpowiadałbym Twoim wyobrażeniom na mój temat. Wyczołgałem się na brzeg, schronienie dała mi doskonale szara plaża po której błądzę już sam nie wiem od ilu dni. Właściwie to chyba bardziej pustynia, bo gdzie przebiega granica pomiędzy jednymi zwałami piasku a drugimi?

Każdy wjeżdża do tego miasta na swój sposób, każdy musi wysłać swoją własną wiadomość.

zamocz kaszę

dykta

Diane, przegapiłem wczoraj. Przegapiłem wiele wczorajów i wszystkich ich potrzebuję teraz, zaraz, natychmiast. Nie zdajesz sobie sprawy, jakimi dziwnymi ścieżkami zmuszony jestem podążać i ile kosztuje mnie odnalezienie drogi powrotnej. Niektórzy powiedzieliby, że z każdej takie wycieczki wracam odmieniony, że każdy skrót pociąga za sobą wyrwę w czasie i przestrzeni, że kluczenie pozostawia ślad, ja bym powiedział, że pierdolą. Gówno wiedzą, jeden z drugim. Tropiciele się znaleźli. Klucze? Nie.

fon

więzły

Nocą wiało w niedobry sposób. Resztki złych podmuchów uczepiły się mnie, a odpadną niczym łuski dopiero, gdy mój tramwaj-szarołamacz wjedzie do tunelu. Do tego czasu oddychamy jak przez krew. Poruszamy się jak pod wodą. Nie ma pór roku, ani dobrych historii. Nie wybudowano jeszcze tego bloku z tym mieszkaniem z widokiem na pustkowie. Ono wie. Dziecięciem będąc podziwiałem taki widok z okna kuchni mojej cioci. Tory kolejowe i kilometry niczego. Zadziwiające łóżko w pomieszczeniu w którym z reguły nie ma łóżek. Zamień ten pociąg na tego szarołamacza i masz w zasadzie podobny obraz. Rozpada się dzisiaj?

taśma

Diane, żałuję że nie mam niebieskich oczu. Miałbym wtedy głos. Mógłbym stanąć przed nimi wszystkimi i wyśpiewać to wszystko z siebie. Z kompletną pustką w oczach, bez gestykulacji.

ciąg

Ten szalony ciąg drobnych i nikomu niepotrzebnych czynności, które wykonuję tylko dlatego, bo ciężko mi z czymś istotnym (dla mnie) ruszyć z miejsca. Boję się, że utknę w pół kroku, że braknie mi pomysłów, a przede wszystkim obawiam się tego, jak bardzo efekt finalny będzie daleki od moich oczekiwań, jak oddalony o lata świetlne będzie od moich inspiracji. Ten ciąg, który sprawia, że oczy zachodzą piaskiem, a głowa ma wrażenie, że w ogóle nie zaznała snu tej nocy. Ciąg który niniejszym przerywam.

chór wujów

Wieje. Porywa po drodze różne rzeczy. Zrywa dachy, przerywa życie. Albo, tak jak w moim przypadku, przywiewa skądś zamarznięty ul i instaluje mi go zamiast głowy. Szaleństwo skute kruchym lodem. Suchym? Wszystko to tylko dym i lustra? Nie wiedzieć skąd pcha mi na usta słowa wypowiedziane do pustego mieszkania. No właśnie. Zanim zechcecie gadać do siebie, upewnijcie się dokładnie, czy aby napewno jesteście sami. W przeciwnym wypadku możecie poczuć wcale nielekkie zakłopotanie, jak ja wczoraj, gdy żona zdążyła na końcówkę dialogu, którego prowadziłem z kilkoma osobami na raz, w tym z samym sobą, z nią zresztą też. Na całe szczęście usłyszała tylko jedno słowo – „chujowo”. Wypowiedziane nieco podniesionym tonem.

szawa i kampan

W tym przypadku zawsze będę po drugiej stronie barykady: syn jest aż chory na myśl o powrocie do szkoły i już wyczekuje wakacji, ja mam problemy z ukryciem radości jaką wywołuje u mnie koniec ferii zimowych. Normalnie już wczoraj wieczorem miałem ochotę wystawić mu plecak z książkami na klatkę schodową. Zdaje się, że nawet głośno o tym mówiłem. Zły tata. Tak, czasami budzi się we mnie człowiek-skurwiel. Więc aby pozostawał uśpiony, potrzeba mu więcej ciszy. A tę jest w stanie zapewnić tylko przedpopołudniowa pustka mieszkania. Oczyszczam się z brudów dorosłości,  z błędów wczesnej i późnej młodości, z pomyłek sprzed niespełna kilku dni. W sobotę przedawkowałem alkohol, choć na zewnątrz nie było tego widać. Raczej. Osiągnąłem chwilową nieśmiertelność, umarłem dopiero dzień później. Naprawdę nie mam już dwudziestu lat, o czym zdarza mi się nie pamiętać. O czym wolę nie pamiętać. W każdym razie mimo wszystko jakoś przetrwałem. W niedzielę rano nadrabiałem miną i sprawnością fizyczną, bo gdy dzieci śpią, można czasem i w ten sposób uciec przed rzeczywistością. Zastanawiam się, czy popęd który czuję na kacu nie jest aby wynikiem tego, że organizm robi wszystko, aby przedłużyć gatunek w chwili zagrożenia…

Puk, puk, jajeczko stuk – jak nucił pod nosem niejaki Smutny w czasach, gdy wstydziłem się nosić ze sobą telefon komórkowy. Krzątam się więc niespiesznie, bo wyszarpałem potworowi zwanemu życiem te parę godzin z gardła. To moje małe zwycięstwo które powtórzę też jutro. Zamiast szampana – kawa.

wschóra

Podróż na wschód zaplanowałem… parę dni temu. Dzień przed wyjazdem nie mogłem usnąć. Jak stara baba snułem jakieś wizje, w których rozpędzone ciężarówki taranowały nasz samochód. Wstałem niewyspany, żadna nowość, wziąłem dziedzica i pojechaliśmy w góry. Jak na amerykańskich filmach, ojciec i syn, sami stawiający czoło siłom natury. Tylko tam najczęściej wszystko kręci się wokół namiotu, łowienia ryb i uciekania przed niedźwiedziem, tutaj największy survival odchodzi głównie na parkingu.

W każdym razie pojechaliśmy. Przed wyjściem jeszcze posprzątałem wszystko ze zlewu, włączyłem zmywarkę, starłem kuchenny blat, wyrzuciłem śmieci z dwóch kubłów i do obu wsadziłem nowe worki. Jak stara baba przeczuwająca rychłą śmierć stwierdziłem, że skoro mogę nie wrócić, niech chociaż zostawię po sobie porządek. Moja żona ma chyba podobnie w takich sytuacjach, tylko ona zaklina rzeczywistość depilowaniem nóg. Bo przecież jakby się coś stało, to jakby to wyglądało, gdyby jakiś lekarz na miejscu wypadku rozciął jej spodnie i zobaczył (wysokie tony skrzypiec wysokie tony skrzypiec wysokie tony skrzypiec)… włosy!

Dojechaliśmy bezpiecznie, skoro piszę te słowa, to także wróciliśmy. Chociaż w drodze powrotnej na światłach w przysłowiowej Mszanie Dolnej otrąbił mnie jeden pan, bo zgasł mi silnik. Na zielonym! I nie mogłem ruszyć, bo nie słyszałem, że nie wrzucam jedynki. Chyba nie jestem gotowy na słuchanie muzyki w samochodzie, nie to doświadczenie. Pan mnie wyminął, czy tam ominął, pasem który na to nie pozwalał, wesoło trąbiąc przy tym. Ja ruszyłem sekundę za nim, również nonszalancko używając klaksonu. Takie pozdrowienie kierowców na polskich drogach. Jego „Hej, chyba masz kłopoty, uważaj, wyprzedzam cię, powodzenia!”.  I moje „Dzień dobry! Już ruszyłem, udało się, wszystko w porządku, miłego dnia!”.

A góra, górka nawet, pokonała nas niestety. Nie tyle sam szczyt (szczytek), co warunki atmosferyczno-przyrodnicze. Normalnie wbiegamy na nią z zamkniętymi oczami, na jednej nodze, w dodatku tyłem, tym razem nie szło iść. Ale i tak, przez chwilę byłem tam, nie sam. Każdy ma takie Rivendell, na jakie sobie zasłużył.

IMG_20200205_121042