Z niechęcią patrzę na telefon. Ostatnio i tak służy mi głównie do odpalania muzyki ze spotify na domowym zestawie stereo nie najwyższych lotów. Nie najwyższych, ale do słuchania podczas gotowania dwóch zup równocześnie jak znalazł. A patrzę z niechęcią, bo nienawidzę większości ludzi którzy są po jego drugiej stronie. Czasami muszę przeprowadzić rozmowę taką jak dzisiaj i jestem wręcz chory na samą myśl. Nie potrafię wykłócać się o swoje. Nie jestem w stanie być jednocześnie twardy, stanowczy i chamski, choć czasami trzeba. Już bym wolał odpuścić, niech będzie moja strata, ale obym więcej nie musiał słyszeć, albo co gorsza widzieć szmaciarza z którym zmuszony jestem rozmawiać. Mój ojciec też nie potrafił, ale zmuszał się, a potem długo dusił w sobie wszystkie towarzyszące temu negatywne odczucia. Ja się zmuszam mam nadzieję po raz ostatni, a potem – srał to pies, kij w nerę, chuj w dupę Stefce. Nie wychodzi mi też pocieszanie, wybacz mamo, ale twoje problemy naprawdę nie są nawet w połowie tak poważne, jak ci się wydaje. Wychodzi na to, że jestem ten zły i nieudany. Ojej, naprawdę? Czekaj, przypomnij mi proszę, gdzie ja to mam? Aha, no tak – W DUPIE. Taki dziś jest dzień, taki dziś jestem ja. Tak jest przeważnie. Telefon leży tuż obok, spoglądam na niego z niechęcią. Telefon odwzajemnia spojrzenie.