jaDę

Nikt niczego nie napisał na moim samochodzie. Ostatnie spojrzenie w niebo. Dziś jest afrykańskie, niepoprzecinane samolotowymi smugami. Gdy ruszam, nic się za mną nie tłucze, niczego nie ciągnę. Z rykiem mijam cmentarz, ale umarli nie wstają tego wieczora z grobów. W lusterku jakiś ruch na tylnym siedzeniu, gdy nie patrzę. Gdy patrzę, widzę tylko pustą drogę.

 

skejps

Czas się skraca. Nawet nie przyspiesza, po prostu jest go mniej. Nawet nie ilościowo, przestrzennie jest go przecież jakby więcej. Odczuwalnie za to mniej. Ósma godzina. Druga kawa. Nie zalegam na sofie z książką, zalegam już z kilkoma ważnymi czynnościami. Takimi jak gotowanie na przykład, gotowanie jest bardzo ważne. Trzeba jeść, aby żyć. Wypadałoby napisać też CV, bo produkty które można ugotować mogą wkrótce podzielić los czasu i jakby nie dojrzeć jeszcze do spożycia. W każdym razie ja nie dostrzegam… problemu? Tak jakby. Poza tym zgłaszam brak zadania. „Zadanie na dzisiaj: będę szukał pozytywów, które postaram się spisać i opisać” – tak napisałem komuś z osiem dni temu. I lista ta wciąż nie powstała. Siadaj, pała. Czas szkolny przestał istnieć, co utrudnia życie na wielu płaszczyznach. Nie wiem, kiedy poprawię tą ocenę. Tę? Kapciem, profesorze. Dziś nadrobię aktywnością. A więc podnosi na duchu fakt, że są tam ludzie.

 

cofka

Mój świat dziecinnieje, historia zatacza koło. Gdzie się zaczęło, tam się skończyło. Wracam do domu trasą sentymentalną, celowo, bo nie wiem kiedy znowu będę miał okazję tędy iść. Gdy byłem mały z wypiekami na twarzy oglądałem w kolorowych magazynach muzycznych okładki metalowych zespołów. Na moją wyobraźnię najbardziej oddziaływały nie smoki i demony, ale naznaczone nuklearnym zagrożeniem postapokaliptyczne wizje. No to teraz mamy tak na codzień. Każdy mijany starszy mężczyzna z siwym zarostem wystającym spod maski może być Piotrem Machalicą. Kobiety pod maskami są tylko i wyłącznie piękne. Duszę się, w parku pozwalam sobie zaczerpnąć powietrza odsłaniając przez chwilę nos i usta. Czuć wiosnę. Zabraniają nam jej wąchać. Jak nie wirusy, to alergie. Już od samego tego drugiego można oszaleć. Gdy trochę później ponownie wciągam niefiltrowane powietrze, czuć w nim już tylko spaliny.

Leng przestrzeni

Siadam z kubkiem kawy na balkonie i spoglądam w kierunku gór. Nie widzę ich, ale to nie znaczy, że ich nie ma. A może widzę je, pomimo tego, że ich tam nie ma? Gdzieś jakieś góry są z pewnością. To tak, jak z tą godziną siedemnastą. Nie dopijam, chłód mnie przegania z balkonu. Wieje, jak to w górach.

tele WON!

Z niechęcią patrzę na telefon. Ostatnio i tak służy mi głównie do odpalania muzyki ze spotify na domowym zestawie stereo nie najwyższych lotów. Nie najwyższych, ale do słuchania podczas gotowania dwóch zup równocześnie jak znalazł. A patrzę z niechęcią, bo nienawidzę większości ludzi którzy są po jego drugiej stronie. Czasami muszę przeprowadzić rozmowę taką jak dzisiaj i jestem wręcz chory na samą myśl. Nie potrafię wykłócać się o swoje. Nie jestem w stanie być jednocześnie twardy, stanowczy i chamski, choć czasami trzeba. Już bym wolał odpuścić, niech będzie moja strata, ale obym więcej nie musiał słyszeć, albo co gorsza widzieć szmaciarza z którym zmuszony jestem rozmawiać. Mój ojciec też nie potrafił, ale zmuszał się, a potem długo dusił w sobie wszystkie towarzyszące temu negatywne odczucia. Ja się zmuszam mam nadzieję po raz ostatni, a potem – srał to pies, kij w nerę, chuj w dupę Stefce. Nie wychodzi mi też pocieszanie, wybacz mamo, ale twoje problemy naprawdę nie są nawet w połowie tak poważne, jak ci się wydaje. Wychodzi na to, że jestem ten zły i nieudany. Ojej, naprawdę? Czekaj, przypomnij mi proszę, gdzie ja to mam? Aha, no tak – W DUPIE. Taki dziś jest dzień, taki dziś jestem ja. Tak jest przeważnie. Telefon leży tuż obok, spoglądam na niego z niechęcią. Telefon odwzajemnia spojrzenie.

wompierz

Uciekam więc, ale nie po kocich łbach. Na kocich łbach zjadłem wszystkie zęby, które sobie wybiłem. Próbowałem je zastąpić kocim pazurem, ząb za ząb. Nie wyszło, jak prawie wszystko, więc wychodzę ja. Jak zwykle po ciemku, kiedy słońce ma jeszcze chwilę dla siebie. Musi być jakaś sprawiedliwość, jakaś harmonia, równowaga w przyrodzie, balans balastu. Skoro ja mogę, musi móc też ono, bynajmniej nie Yoko. Przeskakuję więc z szali na szal w osobistym kolorze, bosa stopa ślizga się po obłych dachówkach. Usta neutralne, wracam do siebie (?).

przeskok w czasie ciężarówkowym

Przez chwilę było tak jak dawniej. Pakowanie ciężarówki bladym świtem. Przytrzaśnięte palce, na nich brud. Długa trasa gdzieś tam. Usypiające trajkotanie kierowcy. Uśmiecham się pod nosem do niektórych wspomnień. Mijamy praktycznie martwe miejscowości. Ani śladu policji, w jedną i w drugą stronę. Na miejscu rozładunek, jeden kieliszek wódki i szybkie piwo. Co prawda nie ma jeszcze południa, ale gdzieś na świecie z pewnością panuje już wieczór. W drodze powrotnej na chwilę opadają mi powieki, jadę ze spuszczoną głową, co nie przeszkadza kierowcy w dalszym snuciu swoich opowieści. Ileż razy przerabiałem kiedyś ten scenariusz… Miło było na chwilę poczuć tego namiastkę, ale mimo wszystko cieszę się z pewnych decyzji, które musiałem podjąć. Nigdy więcej, raczej.

pewnego razu zwolniony

Świat zwalnia dla mnie tylko niekiedy. Wtedy jest przyjemnie, czuję się mniej dzielny. Przypominają mi się niedziele z dzieciństwa. Większy bezruch, mniej wszystkiego. Samochodów, ludzi, dźwięków. Z kolegą rano niby do kościoła, a tak naprawdę gdzie nogi poniosły. Przerżnąć na fliperach (dla osób z innych województw: na automatach) to, co na ofiarę. Potem zależnie od pogody, ale najlepiej tam, gdzie kończyła się wówczas cywilizacja, popatrzeć trochę w pustkę. Poprzecinane drutami wysokiego napięcia pola, na horyzoncie jakieś większe zabudowania. Pewnie fabryka, ale wśród nas krążył mit, że to szpital dla wariatów. Myślę, że ci, którzy patrzyli stamtąd w naszym kierunku mogli myśleć to samo o ostatnich zabudowaniach dzielnicy. Potem do domu, niedzielny obiad, raz w tygodniu wszyscy przy stole. W telewizji Robin Hood czy później inny MacGyver, wieczorem Disney, końcowe napisy ustępowały miejsca smutkowi przedszkolnemu. W międzyczasie stałem na balkonie i patrzyłem jak nic się nie dzieje.