umrę obuty

Zaczął się rozpadać jeden z moich trekkingowych butów. Muszę zaznaczyć, że przy moim rozmiarze stopy (46,47 – zależnie od producenta) jak już uda mi się kupić buty z których jestem w pełni zadowolony, to praktycznie z miejsca stają się one moimi butami-cztery-pory-roku. Te wytrzymały prawie trzy lata, zachodziłem je. Mam oczywiście też buty „zimowe” (trekkingi za kostkę) i kilka par butów „letnich” (tenisówki), są też takie pełniące rolę wyjściowych – produkt martensopodobny, niewygodne jak cholera. Ale gdy padną 4-seasons, to tak, jakbym nagle nie miał w czym chodzić. Z miejsca zamówiłem podobne tej samej marki licząc na to, że skoro numerację mam już obcykaną, to obejdzie się bez przymierzania. Gdzie tam, przyszły takie, do których oprócz stopy mogłem jeszcze wsadzić… no, coś do wsadzania, długopis na przykład. Odesłałem, w innym sklepie zamówiłem ten sam model numer mniejszy, za to nawet ładniejszy. Za małe  No, prawie dobre i niemalże nie uciskają. Zwłaszcza lewa stopa jest bardziej poszkodowana, już kiedyś zauważyłem, że jest trochę większa od prawej. Ale rozchodzę je, Odyn mi świadkiem, nie spocznę, dopóki nie będą jak ulał. Chyba, że po drodze gdzieś umrę, bo sam/sama spróbuj

 

kosmos nie odpowiada

Szedłem sobie spokojnie szlakiem dawnych miejsc. Kiedyś nie umiałem spokojnie chodzić, teraz, gdy czasy bardziej niespokojne, po co jeszcze dokładać chłód chodu? Maj zimny, nie taki jak pamiętam. Pluły drzewa, szedłem zapalić. Tam był trzepak, tam mieszkał kolega, którego mama była dozorczynią – wtedy wydawało mi się to obciachem, tak wychowywali mnie rodzice, utwierdzali w przekonaniu, że już jestem kimś lepszym, a dopiero kiedyś to hoho będę KIMŚ. Rodzice – kolejne cegiełki w murze, jak się okazało… Tam było moje liceum, dziś opuszczony budynek, trochę szkoda. Szkoła może nie była zbyt prestiżowa, ale budynek i teren przepiękne moim zdaniem. Tam czailiśmy się na Litzę z Acid Drinkers, który podobno kogoś miał odwiedzić. Tam mieszkał ten, a tamten nadal tu mieszka. Nigdy ta, tamta. Czy minęliśmy się tego dnia na ulicy? I tak pewnie byś mnie nie poznał przez maseczkę na masce. W nich wszyscy jesteśmy ładni. Dzielnica miejscami przypomina zapomniane przez Boga miasteczko, żywcem wyjęte z prozy Kinga. Przecięcie się w punkcie wspólnym z linią Czarnobyla. Nie omieszkuję opisać to w SMS-ie do mieszkającego tu gdzieś tamtego. Wiadomość wysyłam w kosmos, kosmos nie odpowiada.

magiczne zwoje, niepotrzebne nerwy, sploty wydarzeń

Nadchodziły te wszystkie przełomowe momenty, a ja rozpływałem się w słońcu, niknąłem w porannym dymie, chowałem się za psychodelicznymi koszulami. Ludzie zawsze dokądś biegli, mieli coś do załatwienia, ja natomiast patrzyłem gdzieś w bok i szukałem dla siebie takiego miejsca, aby moje nogi nie dotykały ziemi. Pachniał chodnik, tryskało drzewo, skrzypiał tramwaj. Chudłem, marzyłem, wsłuchiwałem się w rozmowy pierwszych ptaków. Nikogo nie ubywało, więc wytłumacz mi proszę, jak to możliwe, że stawałem się coraz bardziej samotny? Mieszkałem w kilku domach. Próbowałem wypełnić je dźwiękami, bo pomiędzy słowami zostawało sporo miejsca. Najbardziej polubiły mnie przedpokojowe lustra, ich zainteresowanie mną nie miało drugiego dna. Bez symbiozy, bez dobrodziejstwa inwentarza. Chyba przez cały czas się czegoś bałem, ale któregoś dnia czesząc się uszkodziłem swój układ współczulny. Grzebień napotkał opór, ciągnąc musiałem coś przesunąć, coś, co nie wróciło już na swoje miejsce.  Moje włosy istniały chyba tylko w tym celu.

rozbrykany rożek trzysta piętnasty

Późne popołudnie, albo wczesny wieczór. Niebo ledwo letnie. Róg olbrzymich ulic, miło oświetlony bar. W środku bawią się policjanci – to znak, że wszystko jest okey. Tylko te niepokojące rysunki kredą na chodniku, różnymi kolorami. Jakby gwiazdki i księżyce, dziecinną ręką. Jakby. Tylko ten drewniany słup energetyczny i przyczepione do niego ogłoszenie – „Zaginęły: dwa miesiące”.