Dobrze jest czasem obudzić się przed czwartą nad ranem i nie móc potem usnąć. Można wtedy zacząć dzień od oglądnięcia jednego z najlepszych filmów na świecie. „Zagubiona autostrada” sprawiła dzisiaj, że znowu widziałem rzeczy w tym świetle. Zapamiętałem je z czasów gdy dni były z plasteliny, a życie nie miało jeszcze celu.
Miesiąc: Czerwiec 2020
Centrum badań chorób zakaźnych w Stovington, Vermont.
Trzeba patrzeć na pozytywy. Bo przecież jak w innych okolicznościach mógłbym poczuć się niczym Stu Redman z pewnej grubej książki, osadzony w izolatce? Miejsce trochę creepy. Kafelki z innej epoki, na środku podłogi odpływ wody, wokół niewielka kałuża. Tak, brakowało jeszcze migającej i bzyczącej świetlówki. W rogu pomieszczenia łazienka, na ścianie naprzeciwko zlew, jakieś prysznice, jakby łóżka do mycia ludzi (mam nadzieję, że tych żywych) na kółkach. Dwie maszyny, jedna jak się okazało do zdjęć rentgenowskich, druga chyba do EKG. Odwiedzający mnie lekarze ubrani jak do lotów w kosmos, powinni dawać krótkofalówki do rozmów z nimi, bo nie bardzo można zrozumieć, o czym mówią. I w pewnym momencie słyszę takie coś:
– …
– Słuchaj, dzwonili, że wiozą do nas pacjenta z podejrzeniem.
– …
– To co my z nim zrobimy, mamy jedną izolatkę. Przenosimy innych czy jak?
– …
Mówiąc to ostatnie co wyłowiłem, już patrzyli w moim kierunku,
– Bo wie pan co, pan w zasadzie dobrze wygląda i nie czuje się pan źle, więc mamy dla pana propozycję.
– Nie do odrzucenia? – odparłem.
– Dokładnie. Ponieważ nie możemy pana posadzić w poczekalni z innymi pacjentami do czasu sprawdzenia wyników, to posiedzi pan sobie trochę na ławeczce przed szpitalem, dobrze?
A więc posiedziałem sobie trochę na ławeczce przed szpitalem. A nawet poleżałem, kiedy robiło mi się słabo. Z wenflonem sterczącym z dłoni. I prawie nie padało. Wypis otrzymałem na parkingu pomiędzy dwiema karetkami, tam też wyjęto mi korek z żyły. Do tej pory myślałem, że w moim kinie grano już wszystko. Okazuje się, że życie jest tak cudownie nieprzewidywalne i pełne surrealizmu na co dzień, że z zapartym tchem czekam na następne przygody. Co to będzie? Może wędrując po górach gdzieś w środku lasu odnajdę ciało płetwonurka w pełnym akwalungu?
pandyrija
Popistacjowy ból paznokcia. Nocą drżące kadłuby podsufitowych łodzi podwodnych. Mama miała rację kupując mi na urodziny ciśnieniomierz. Na następne dostanę balkonik, albo może od razu łopatę. Pan doktor każe przyjść szczęśliwego trzynastego z zainstalowanym zbożowym kręgiem na potylicy. Pani dyrektor każe zarobić mniej. A ja… Odbiję się niedługo z pełnegoprzysiadu, uniosę się w oparach waty cukrowej i zawisnę na jakiś czas, obojętne już mi czy głową w dół, czy w górę.
lou lou
Lutnik, lotnik, letnik. Ładnie brzmiące, miło kojarzące się słowa.
a e i o u y
Brakuje jeszcze a, i, y.
Lawenda. Lifting shadows off a dream. Ly… Poddaję się, nie znajdę.
Lutnia. Luthien. Lukrowane lukierki.
Na noc „Lulu” Lou Reeda i tych tam. Lubię albumy wyklęte, a tego nadal nie znam.
2:0, Sonny.
Nie podskoczysz mi, Sonny Crockecie. Może i mieszkasz na jachcie i masz aligatora, może świetnie wyglądasz w pastelowych marynarkach, ale nie masz dwóch monitorów i drugiego dnia po powrocie z gór nie wyciągnięto z ciebie dwóch kleszczy. 2:0 dla mnie. Twój telefon zainstalowany w samochodzie też nie robi na mnie większego wrażenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę surrealizm w którym się ostatnio obracam. Na przykład wczoraj. Dwie kobiety. 2:0, przypominam Ci, Sonny. Jedna, ładna i dojrzała blondynka, była tak bardzo zaskoczona, że przepuszczam ją w drzwiach, że aż pisnęła „Ojej! Dziękuję!”. Druga, urody niepewnej z powodu maseczki, za to o dość bystrych oczach, zaskoczyła mnie.
– Emajl?
Dokładnie tak to zabrzmiało. Jednosłowne pytanie ściągnęło mnie z odległych galaktyk, oczom mojej wyobraźni ukazało się kilka puszek farby emaliowej. A przecież przyszedłem tu kupić kabel do drugiego monitora (2:0, Sonny).
– Przepraszam? – wybąkałem zza maseczki.
– Emajl?! – powtórzyła głośniej.
– Jeszcze raz – poprosiłem.
W końcu gdzieś tam zderzyły mi się dwie szare komórki, że chodzi o adres mailowy do faktury, ale mimo wszystko nadal jestem oszołomiony wymową. Nie zdziwiłbym się czemuś takiemu w ustach kogoś starszego ode mnie, ale… Chyba, że to dopuszczalne i teraz tak się mówi, nie wiem, nie nadążam. Sonny tu pewnie mógłby osiągnąć nade mną przewagę, dobiegłby, rzucił się szczupakiem, wślizgiem, przekoziołkował, i byłby ba czasie. Ja nie jestem.
Surrealizmu o wysokim stężeniu do nawarzonego piwa dolewa też żona, planując zakup domku w górach. Domku. W górach. Od marca właściwie jestem bez pracy, ale domku w górach. DOMKU W GÓRACH. Jeżeli to się ma udać, to ma być to domek położony pomiędzy dwoma szczytami. (2:0).
wyciąg
„Wiesz, ja boję się że to widać na zewnątrz, ale ja wtedy cały sztywnieję wewnętrznie, czuję się jakby dotykał mnie ktoś obcy, jakby przybysz z innego wymiaru opanował ciało mojej żony i chciał uśpić moją czujność „ludzkimi” odruchami. Dochodzi do tego, że na spontanicznie okazane miłe gesty reaguję podejrzliwością podszytą niedowierzaniem i – tak – czymś w rodzaju obrzydzenia. Czy to ze mną jest coś nie tak?”.
akicha kira
A może by kichnąć tak całym ciałem, ale tak, aby przyćmić rozbłyski supernowych, aby zagłuszyć zapadanie się światów? Żeby ogolić nie tylko te dmuchawce obok ławki , ale też te paskudne wieżowce w oddali, całe dzielnice, miasta… Żeby zdmuchnąć domek każdej ze świnek, by posiadłości świń nie jedynie zadrżały w posadach, ale raz na zawsze zniknęły z każdej możliwej powierzchni. Czy to wchodzi w grę? Czy to nadal jest gra? Jeżeli tak, to ile monet mam wrzucić, aby dotrwać do końca i w spokoju obejrzeć końcowe napisy? Czy wzrok nie odmówi mi posłuszeństwa? Wejrzę.
wycinaj z okna matoła
8 zdań
73 słowa
1 nieścisłość
3 edycje
Ileś znaków przestankowych, z reguły użytych nie tam gdzie trzeba. One najlepiej umiejscawiają się na przystankach, później ciężko je odnaleźć. Weź to wszystko wytnij wzdłuż nieprzerywanych linii. Pozaginaj wzdłuż tych zakropkowanych. Nie przejmuj się śladami kleju, już są naniesione. Połącz wszystko ze sobą – masz mnie. Wejrzę.
za ćmą słonia
Spoglądam w niebo. Gdzieś tam, osnute chmurami, jest coś, czego dzisiaj nie dostrzegę. Ani w pojedynkę, ani w pojedwójkę. Zauważam za to bańki mydlane startujące z balkonu na parterze. Nie mój balkon, nie moje dziecko, bańki nie moje, nic nie jest do końca moje w tym życiu. Do mnie należą tylko rozmazane powidoki świateł pozostawione przez nowoczesne motocykle. Japońskie maszyny dosiadane przez japońskich jeźdźców. Uciekam, zanim któryś się we/do mnie nie włamie.
rozpraszacz rozmówczy
Przez telefon rozmawiać nie umiem, pewnie już o tym pisałem. W skrócie: często tracę wątek, nie umiem znaleźć odpowiednich słów, krzyczę do aparatu, jakbym chciał, żeby usłyszał mnie ktoś bardzo oddalony. No niby tak jest w istocie, ale telefon jest między innymi po to, żeby właśnie tego głosu nie podnosić. Do galerii dźwięków, które elegancko rozpraszają moją uwagę, dołączył ostatnio kolejny. Jak dotąd najbardziej rozmowa ze mną wykrzaczała się podczas gdy w głośniku oprócz rozmówcy słyszałem też samego siebie z opóźnieniem, oraz gdy w tle rozlegał się nagle sygnał przychodzącej wiadomości lub nadchodzącego połączenia. Mój nowy rozpraszacz rozmówczy to odgłos towarzyszący zaciąganiu się e-papierosem czy innym świństwem. Zupełnie jakby ta druga osoba była podłączona do jakiejś skomplikowanej aparatury podtrzymującej życie. Jak świsto-szum mechanicznych miechów wtłaczających do nieczynnych płuc porcję powietrza. Przysięgam, że jak tylko znajdę chwilę czasu (hahaha), to poszukam jakiejś aplikacji zniekształcającej głos na podobieństwo syntezatora mowy a la wczesny Stephen Hawking, i przypiszę ją osobom z mojej listy kontaktów, które dzwoniąc do mnie z upodobaniem ssą świecące długopisy.