G-Ó-Ó-Ry

Przestań, to tylko w rurach piszczy. Albo to gołębie gdzieś na dachu. Nie oni, nie one, nie neony, nie Onet, nawet nie sam Noe. Już dobrze, w twojej głowie wschodzi księżyc. Ale nic się nie bój, ten dobry, nie czerwony, nie pazur, nie M-O-O-N. Góry. Chcę znów zobaczyć góry, Gandalfie. To jest bardzo dobra koncepcja, bardzo dobra koncepcja, niech pan jedzie w góry, niech pan jedzie w góry. No to jadę. Jedź, mówi, w góry, bo i ja pójdę siedzieć, i ty pójdziesz siedzieć. W górach bezpiecznie, rzeczywistość utrzymywana jest w ryzach przez strachy na wróble. Trzymać się z dala od pól kukurydzy i jakoś to będzie.

są. siedzi.

Wstaję jak zawsze wczesnym rankiem, ale już dawno nie miałem okazji wyjść z domu póki świat tkwi jeszcze w starterach. Idę więc i przez uchylone okna mieszkań przysłuchuję się sygnałom budzików. Niektóre urywają się po kilku sekundach, inne wybrzmiewają dłużej, ich właściciele próbują pewnie odizolować się poduszkami od pełznącej w ich kierunku grozy pobudki. Ja z reguły budziłem się przed alarmem, ale już mi przeszło. Mijam balkon Gościa Który Zawsze Siedzi Na Balkonie. Oczywiście gość siedzi na balkonie. Zawsze, nieważne o której godzinie bym przechodził. Gość siedzi na balkonie. Ciekawe gdzie będzie siedział zimą. Ludzie się budzą, a ja rozpamiętuję dwa pokręcone sny, które przywiozłem ze sobą znad morza. Pierwszy z nich dotyczył mojego ojca. Niedługo przypadnie czwarta rocznica jego śmierci, jak dotąd śnił mi się kilka razy, ale nigdy w ten sposób. Odświętnie ubrany tata (za życia szczytem jego elegancji była marynarka ubrana do czarnych jeansów i takich też adidasów – we śnie nie wyłamał się ze swojego kanonu) odwiedza mnie w miejscu pracy, chyba klepie mnie po plecach, uśmiecha się, uspokaja mnie, że wszystkie podjęte przeze mnie decyzje są okey, a mamie każe przekazać, że wszystko jest okey. Ja chyba płaczę, zdaje się, że pojawia się jakieś niezręczne „kocham cię tato”. W drugim nocnym marzeniu wcielam się jakby w kuriera mafijnego. Muszę podłożyć dyrektorowi jakiegoś szpitala kopertę z kompromitującymi materiałami dotyczącymi jego córki. Pech chce, że akurat podkładam tę kopertę podczas rodzinnego spaceru i staję na głowie żeby w jakiś sposób wytłumaczyć żonie co ja tak właściwie w ogóle robię. Obydwa sny warte odnotowania, co niniejszym czynię, obydwa męczące sakramencko. Wracam ze spaceru, zanim o nich zapomnę. Mijam balkon Gościa Który Zawsze Siedzi Na Balkonie. Gość w dalszym ciągu siedzi na balkonie.

nie-my

Niedziela. Kac którego nie było. W tym nie-dniu lepiej nie rozpamiętywać, pamięta się więcej, niż by się chciało, niż się wydarzyło. Ale o tym to już nikt nie wspomniał. Patrzę na nasze wspólne fotografie z plaży i wszystko gra, na zewnątrz i w środku. Mgnienie oka i zdjęcie, choć niewywołane do tablicy, mimo że nikt nie prosił je o odpowiedź, zdjęcie zostaje rozdarte na pół, a wytargany ja siedzi sam na czarnobiałej pustej plaży. Fotografia mówi za mnie, zadaje trudne pytania na które odpowiedzi jest wiele, a te z kolei do złożonych wcale nie należą. Czy to ja? Czy mi się odechciało? Czy się do tego nadaję? Co bym zrobił? Czy jestem szczęśliwy? Czy aby nie pieszczę się sam ze sobą wymyślając to wszystko, by poczuć się bardziej skomplikowany, niż jestem w istocie?

Bree beer brre

Zainstalowałem w sobie chyba pięć piw, ale nie stałem się przez to bardziej żywy. Doszukiwałem się czegoś, czegokolwiek… Namacalnego, obojętnie już – obłego czy kanciastego, ciepłego czy zimnego, ruchomego czy nie. Nie znalazłem. Pustka, próżnia, mniej lub bardziej przypadkowe sceny, obsada dobrze znana na zmianę ze zmiennikami z dolnej półki. Nie czułem nawet parcia na pęcherz, co nie za bardzo w tym wszystkim pomagało. Czy częściowo umarłem? Jeżeli tak, to po co te agresywne myśli wysyłane pod adresem randomów spotykanych praktycznie na każdym kroku? Jeżeli udałem się na wieczny odpoczynek, choćby tylko chwilowy, to czemu jestem tak bardzo zmęczony? Czym? Przykładam do ucha… nie, no nie muszlę. Nie mam żadnej, w końcu byłem nad morzem. Przykładam szklankę, butelkę, puszkę. Wytężam słuch – zajęte.

maj-B

Wolałem jak wiało, tak łatwo się wyłączałem. Nie dochodziły mnie odgłosy tysiąca otyłych podchmieleńców i pomimo tego, że nie byłem sam, to jednak trochę byłem – sam na sam ze swoimi myślami. Szumy przyrodnicze, cóż za wspaniała bariera. Na doznania wzrokowe chyba robię się za stary, wykazuję kapitalną obojętność zasadową. Od kilku minut trwa sobota i nie jestem już pewien, czy to dom, czy też cała miejscowość ożyła. W każdym razie wolałem jak było cicho.

ta śma

Diane, widziałaś kiedyś tęczę nocą? Tu występuje ona przez cały czas. Dwie tęcze, trzy! Benzynowe plamy rozlane po niebie, ściekające w górę ze stalowych przęseł. Głęboki i spokojny oddech pomiędzy brzegami, a tuż nad taflą wody matowe świetliki.

na oślep wyciszenie

Zwijam asfalt. Przypalają mi kawę. PRZYPALAJĄ. Moja noga drętwieje i straszy pasażerów. Nigdy nie wiem, czy w ogóle dokądś dojadę tymi zagubionymi autostradami. Z pewnością nie tam, gdzie trwa festiwal plażowych zdjęć. Gdybym miał za nimi wszystkimi nadążyć, musiałbym zrobić selfie wnętrza głowy. Tylko jak potem tłumaczyć się z tego zaćmienia złotego lustra, skoro ono wręcz przeciwnie, nie uwolniło mojego odbicia, lecz je ujarzmiło? Diane, wierz mi na słowo, bardzo tu ładnie. Gwiazdy są może i obce, ale noce spokojne. Nie śpię co prawda za wiele, ale nie wyczuwam też obcej obecności. Kończę, idę szukać mostu.