cisza!

A może by tak zasnąć w drugą stronę? Obudzić się bardziej, by uciec jeszcze dalej? W zaciszu czterech ścian trwają moje osobiste demonstracje. Każda z nich dokłada kolejną cegiełkę do powstającego w poprzek mieszkania muru. Szkoda mi głowy na rozbijanie go. A syn będzie kiedyś musiał odnaleźć swój własny niebieski klucz. Wynaleźć. Wy robić.

niecodzienności

W drodze do pracy zauważam dziecięcy bucik na środku ulicy, pomiędzy rozpędzonymi samochodami. Jakby przypominający o tym, że nieszczęścia się zdarzają. Różne. Mijam tylko oczy, nie mam dostępu do ust, nie widzę uśmiechów, grymasów, opuszczonych kącików. Po samym spojrzeniu trudno ocenić, czy napotkana osoba jest w pogodnym nastroju, czy może pełna napięcia, albo bez chęci życia. Za to mój wzrok jest rozbiegany: z lewej strony można dostać rowerzystą, z prawej – przejeżdżającą hulajnogą. Chwila nieuwagi i można o taką hulajnogę się potknąć, tyle ich pozostawionych jest bezpańsko, porozrzucanych byle gdzie jak niedopałki papierosów.

W pracy w pewnym momencie pada komunikat – „Rzuć wszystko co robisz i biegnij z X do gabinetu Y ratować Z, zanieście go do mojego samochodu. BIEGIEM KURWA!”. Słyszę po tonie, że to nie żarty, że to jest kurewsko dalekie od jakiegokolwiek przejawu dobrego humoru, biegniemy. Z to weganin, straight edge, biega po kilkadziesiąt kilometrów dziennie i jest zapewne ze trzydzieści razy bardziej wysportowany ode mnie. Ozdrowieniec, jeden z tych, którzy przechodzili to gówno nie tak łagodnie jak ja. Jak się okazuje, jest też dwa lata ode mnie młodszy. W tym momencie leży na podłodze i mówi do nas – „Błagam was chłopaki, ratujcie mnie, nie mogę oddychać”. Bierzemy go pod pachę, długa po schodach, przed nami biegnie trzeci chłopak i otwiera kolejne drzwi. Po drodze staram się uspokajać, coś tam mówię, że ćśśś, spokojnie i powoli, ale nie, nie powoli, szybko, bo nie mogę oddychać.

– Patrzcie, kurwa, co się dzieje z moją ręką – podstawia mi pod nos powykręcaną dłoń.

Drzwi na zewnątrz, kolega już odpala samochód, ładujemy Z na tylne siedzenie, jak policjant z sensacyjnego filmu osłaniam mu przy tym głowę.

Wracamy do swoich zajęć, powoli dochodzimy do siebie. Życie teoretycznie się uspokaja. Ktoś ma zaległe urodziny. Ktoś inny zastanawia się co na obiad. Pod koniec dnia dowiadujemy się, że z Z ogólnie wszystko jest w porządku. Trochę mało potasu. Nie wiem już co o tym wszystkim myśleć, pewnie jak większość ludzi na całym świecie. Chciałbym po prostu już więcej nie uczestniczyć w tego rodzaju wydarzeniach. Chciałbym też żeby mi nie zamknęli pracy. Nie teraz, gdy zaczynam sobie pewne rzeczy układać w głowie. Ale co ja tam mogę.

Mogę w drodze powrotnej zwrócić uwagę na billboard z jakimiś góralskimi widokami, a w chwilę potem na przejściu dla pieszych minąć faceta w góralskim kapeluszu. Mogę to wszystko opisać.

nie powtarzaj tego nikomu

Nie zabił mnie wirus, dokona tego powtarzalność. Dni odcinane jak kupony. Podbita karta czułych słów w zakładzie o jednego dolara. Kursy pierwszej pomocy na tym samym fantomie. Smak gumy nie zmienia się, niezależnie od tego, czy to balonowa, rozpuszczalna, miętowa, zimowa, letnia, gorąca, arabska, do mazania, do rozmazywania… Nic nie powinno zdarzać się dwa razy. Żadne przeżycie, żadne wrażenie, żadne odczucie, żadne spełnienie. Zresztą jak coś może się spełnić, a za jakiś czas ponownie wystąpić w przyrodzie? Żądam niepowtarzalności.

zasłyszane – wypowiedziane

– Jest taka zasada, że kupuje się raczej nieparzyście – powiedziała pani w kwiaciarni. Pierwsze słyszę, a pierwsza myśl – pewnie chce mnie naciągnąć. Choć pewnie nie, ja się właśnie tak znam na codziennościach i zwyczajach. Kuzyn z księżyca. Więc niech będzie siedem. To podobno szczęśliwa liczba, poza tym fajnie mi się kojarzy. Siedem życzeń, Siedem Finchera, Siódmy syn siódmego syna, siódma struna…

– Witamy na pokładzie – po prostu wiedziałem. Wiedziałem, że to usłyszę podczas podpisywania cyrografu. I miałem przygotowaną odpowiedź.

– Gdzie jest najbliższa szalupa ratunkowa? – wywołałem salwy śmiechu wśród znajdujących się w biurze pań. Ja już tak mam, wywołuję chichoty w pewnym przedziale wiekowym.

– …proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana…proszę pana, i zobaczy pan, proszę pana, nie zapłacą panu! – zakończył swoją tyradę taksówkarz do którego wsiadłem pod gmachem ZUS. Używał tego „proszę pana” w charakterze przecinka, próbowałem liczyć, ale się pogubiłem. A on się mylił – zapłacili.

rocznic

Szesnaście lat temu… W ostatnich latach często myślałem, że szesnaście lat temu popełniłem błąd. Od kiedy postarzałem się i odrobinę zmądrzałem częściej mi się wydaje, że błąd wtedy popełnił ktoś inny. Są, rzadko bo rzadko, ale jednak są też takie chwile, kiedy mam pewność, że błędem byłoby nie zdecydować się na to wszystko. Ponieważ nie odwoływano wówczas wesel, to kiedy my się bawiliśmy, ktoś w tym czasie obrobił mieszkanie moich rodziców. Zła wróżba. I tak też bywało, po prostu źle. Albo czasami nijako. Aż w końcu nawet niekiedy dobrze. To tak jak ze mną – na ogół jest źle, często nijako, aż nagle jak nie rozbłysnę…

Za parę dni będzie będzie czwarta rocznica śmierci mojego ojca. Długą drogę przebyłem od tego dnia, tyle się pozmieniało w moim życiu… I nawet świat zdążył kompletnie zwariować w międzyczasie.

Od dzisiaj będę też liczył rocznice pierwszej uwagi szkolnej mojego syna. Już się niepokoiłem, że coś jest nie tak, jak to. Siódma klasa i nawet za gadanie, nic? No, to w końcu jest. Za gadanie. Tak, gadać to on potrafi.

nocóż

Nadchodzi sen, więc serce przyspiesza. Zanurzyć się w tym co skapuje z księżyca. Niech nas zaleje, widocznie zasługujemy. Być może niektórzy z nas nauczą się oddychać srebrną wilgocią, ale ja już tego nie doczekam. Jeszcze parę razy się wykażę, częściej los będzie dokazywać, a już z całą pewnością z niczym nie zdążę. A potem utonę, tak zwyczajnie. Wzruszę ramionami, zamknę oczy, a serce zwolni. Długo będę wypuszczał powietrze rozdmuchując wszędzie wokół siebie brokat.

r!

Jestem duchem lat dziewięćdziesiątych. Przepełniony. Przez ścianę do kogoś przeskok. Nie ciałem. Prze-smok przeciskający się przesmykiem. Światło głównie zielone. Za duże telefony, monitory też niemałe. Za to białe, brudne. Przeglądam się w czyichś lustrzanych okularach. Internet niby też gdzieś jest, ale na co on komu, do czego, po co. Odbierz mnie ze szkoły, może akurat w niej będę. Mam odpowiednią ilość impulsów na karcie, dodzwonimy się gdzieś. A jak już się dodzwonimy, to potem odjedziemy. Daleko. W dal. Hen.

nocą niemocą

Wsłuchuję się w szum własnej maszynerii. Niby wszystko działa, nic nie przytkane, wdech-wydech. Ale szumi niezdrowo. Diane, może nocą nie bywam sobą? Sową? Rurociągiem moich organów płyną dane z tak wielu epok, że zaraz oszaleję. Nie jestem w stanie tego oglądać. Nie mogę w to uwierzyć. Przyspiesza serce, pokój się rozjaśnia. Blask wydobywa się spod kołdry, odrzucam ją, tak to ja. Świecę. Uchylam żeliwne drzwiczki na mojej piersi, moje ruchy wykonują najpiękniejszy i najsmutniejszy zarazem teatr cieni w tej części wszechświata. Ściana wie, widzi, słyszy. Puls żaru przyspiesza, choć wskazówki zegarów nadal poniżej czerwonego pola. Bezużytecznie spalam się do rana.