fisstech

Bezdech, bezwęch. W dechę. Ostatnio mam wrażenie, że bywam tylko w lasach (fizycznych i psychicznych) i w gabinetach lekarskich. Stomatolog, endokrynolog, kardiolog. Po parę razy, dziękuję bardzo, a jeszcze w kolejce czeka hematolog, na szczęście telefonicznie. Logout, pierdolę, czuję się świetnie. Chory staję się tylko przekraczając próg przychodni czy innej poradni. Emeryci patrzą wilkiem. „Co on tu robi?! Taki młody, jeszcze ma czas chorować. W ogóle ma czas, niech przyjdzie kiedy indziej, zajmuje tylko miejsce poważnie chorym porządnym ludziom. W ogóle, to nie ma przypadkiem jakichś godzin tylko dla nas? Powinny być! Z pewnością nic mu nie dolega, przychodzi tylko wydębić jakieś zwolnienie. Ja w jego wieku nie chorowałam!”.

Trzy razy w tygodniu chodzę do pracy malować trawę na zielono. Jestem tym bardziej zworowany, niż gdybym tyrał normalnym trybem. W tak zwanym wolnym czasie kupuję znajomym laptopy i drukarki. Kupić coś komuś? W tym momencie sporo prasuję. Nie mylić z pracowaniem. Gdzieś w przyjemniejszym, równoległym świecie, lepią się dźwięki.

żalność

Mam ochotę nakrzyczeć na kabinę prysznicową. I na wiecznie opadającą w niej półkę na kosmetyki. Na zmywarkę do naczyń i na moje ubranie. Na te wszystkie rzeczy, do których obsługi powinny istnieć jakieś przyciski.

zdruj

Problem polega na tym, że uzdrowiciele mieszkają tak daleko. Gdy sięgam jeszcze dalej, choroba zaczyna toczyć już nie tylko mnie, ale świat wokół. Więc… pozostaje ulotnić się po angielsku. Albo upozorować wypadek. Zgrabne połączenie wystukanych słów „samochód” i „długa droga”, potem całkowity zanik liter. Problem polega na tym, że byłoby to wyrządzenie komuś krzywdy. Byłby to nienapisany pożegnalny list niedoszłego samobójcy. Samobójca – jeżeli dobrze przyjrzeć się temu słowu, to jestem nim za każdym razem, gdy szukam za daleko. Lepiej nie wybiegać przed szereg, by lepiej uciekać. Lepiej pozostać w domu. W dobrym zdrowiu. W dobrych radach, w dobrym bycie. W dobrobycie. Nie w odbycie. Albo nie. Przecież można jeszcze w zupełnie przeciwnym kierunku, jeszcze dalej. Tam, gdzie już tylko słuch sięga. Dobrze znane, niezbadane rejony. Niewidzialna obecność cały czas pod ręką. Niezapamiętana przez swoją dostępność. Więc… więc.

snu teatr

I wiesz, w tym śnie jadę przez dzielnicę w której mieszkam samochodem z otwartym dachem. Jestem wygodnie rozparty na tylnym siedzeniu, nie wiem kto prowadzi. Chyba mniej więcej na wysokości skrętu do szkoły mojego syna, a może trochę dalej, zauważam idącą chodnikiem piękną kobietę. Ona też mnie dostrzega. Samochód zwalnia, rozpoczynam więc przedstawienie – prężę się, przybieram wyzywające pozy. Wiesz, w tym śnie mam znowu długie włosy, co ja z nimi wyprawiam… Brakuje tylko błękitnej wody w której byłbym zanurzony i zwolnionego tempa które uchwyciłoby rozbłysk słonecznego światła na kroplach wprawionych w ruch zamaszystym zarzuceniem głową. I wiesz, nie pamiętam co się dzieje później, ale spotykam ją gdzieś przy jakiejś okazji. Pyta o godzinę, ale niestety za cholerę nie jestem w stanie udzielić sensownej odpowiedzi, ponieważ zegarek na mojej ręce nie dość że stanął, to w dodatku ubrałem go do góry nogami. W jej oczach dostrzegam rozbawienie pomieszane z lekkim rozczarowaniem, a może proporcje są odwrócone, nie wiem, bo nerwowo zaczynam szukać telefonu żeby sprawdzić tę cholerną godzinę. Oczywiście wiesz, jak to we śnie, nie mogę go znaleźć. Tak bardzo w moim stylu, bardziej się nie dało.

do kąt

W tym labiryncie prostych pomiędzy księżycami to jeszcze ja czy już tylko dym z dopalającej się pochodni? Ślizgam się na kapiącej ze mnie smole, tracę równowagę, upadam, a mój płaszcz przy każdym piruecie uwalnia jednego nietoperza. Wypuszczam ich całą chmarę w kierunku ciał niebieskich. Wodzę za nimi spojrzeniem, a śnieg cicho skwierczy osiadając na odsłoniętym kawałku twarzy.

chyże oczy

Dziwnie tak stać za kimś w kolejce w sklepie w którym nigdy nie spodziewałoby się spotkać tego kogoś i widząc tylko jego oczy wiedzieć, że to ten ktoś. Ostatni raz widziałem ją w szkole średniej i szczerze powiedziawszy nigdy za nią nie przepadałem. Zwłaszcza, jak dowiedziałem się skąd nielubiany przeze mnie z wzajemnością nauczyciel polskiego tyle o mnie wie. Ale oczy nadal ma ładne. W sensie ona, bo nauczyciel jeszcze może mieć podbite któregoś dnia.