Boję się zasypiać. Przynajmniej tak jest w mieście. W tym papierowym bloku. Zaczynają ciążyć powieki, a ja dobrze wiem, że łatwo nie będzie. Rytuał jest zawsze ten sam. Trudno przychodzi mi opuszczenie kabiny prysznicowej. Kładę się spać, a serce już przyspiesza, tylko czekam na jakiś odgłos mącący mój względny spokój. Wystarczy kichnięcie u tych u góry. Lepsze to niż kłótnia, dawno się nie kłócili. Za to facet częściej się śmieje, co jest chyba jeszcze gorsze. Tak głupiego rechotu dawno nie słyszałem. Właśnie – rechot, idealne określenie na wydawane przez niego odgłosy. I zawsze tak w okolicy północy, wcześniej nie ma u nich życia. Wniosek z tego taki, że powinienem kłaść się spać dużo wcześniej, najlepiej przed dwudziestą drugą. Problem w tym, że nie umiem, nie da się. Dopiero o tej porze mam chwilę dla siebie. Nie zgadzam się, aby życie upływało tylko na pracy i obowiązkach domowych, nie na mojej zmianie. Wolę chodzić niewyspany. A ta brzęcząca wszystkimi szerszeniami czarna matowa kula wpatrująca się we mnie kiedy nie mogę zasnąć wcale nie jest znowu taka straszna.