Problem polega na tym, że uzdrowiciele mieszkają tak daleko. Gdy sięgam jeszcze dalej, choroba zaczyna toczyć już nie tylko mnie, ale świat wokół. Więc… pozostaje ulotnić się po angielsku. Albo upozorować wypadek. Zgrabne połączenie wystukanych słów „samochód” i „długa droga”, potem całkowity zanik liter. Problem polega na tym, że byłoby to wyrządzenie komuś krzywdy. Byłby to nienapisany pożegnalny list niedoszłego samobójcy. Samobójca – jeżeli dobrze przyjrzeć się temu słowu, to jestem nim za każdym razem, gdy szukam za daleko. Lepiej nie wybiegać przed szereg, by lepiej uciekać. Lepiej pozostać w domu. W dobrym zdrowiu. W dobrych radach, w dobrym bycie. W dobrobycie. Nie w odbycie. Albo nie. Przecież można jeszcze w zupełnie przeciwnym kierunku, jeszcze dalej. Tam, gdzie już tylko słuch sięga. Dobrze znane, niezbadane rejony. Niewidzialna obecność cały czas pod ręką. Niezapamiętana przez swoją dostępność. Więc… więc.