klon

Czy umiem jeszcze pisać? Kiedyś było tyle słów… Trudno odnaleźć je po ciemku. Noc zapada jeszcze przed południem, niski księżyc wspiera się na wieżowcach, przyciska mnie do asfaltu. Nie mogę się tu położyć, choć każdy krawężnik wydaje się być poduszką, nie mogę, bo wokół upadają okruchy dachów. Tu kawałek anteny, tam odłamek komina, jeszcze gdzie indziej fragment czerpni. Grad pocisków spycha mnie w mniej uczęszczane rejony. Tak ci się tutaj podoba? Myślisz, że jeżeli odświeżysz fasadę budynku i ozdobisz ją stylowym oświetleniem, to to coś zmieni? Że zmyjesz z otoczenia tę śląskość, ten wjazd do Radomia, Bałuty, krakowski Kazimierz z czasów kiedy nie był modny, smog w górach? Być może morze. Możliwe, że tam nie miałbym przed czym uciekać. Dalej już się po prostu nie da. Tutaj milczącą straż pełnią kominy gotowe w każdej chwili puścić mnie z dymem.

Diane,

mam w głowie długi list. Gdy przyjdzie pora wsadzę go do niebieskiej butelki i wybiorę sobie jakiś most, z którego upuszczę ją do rzeki. Albo złożę go tyle razy, aby zmieścił się do pudełka po zapałkach które okleję czarnym gafrem, po czym zakopię je po jakimś charakterystycznym karmieniem na rozstaju dróg.

mech

Zapomniałem o sobie. Przypominałem sowę. Mechanizmy codzienności założyły gniazda w mojej głowie. Czy wiesz, że rój brzęczy również w nocy? Brak królowej nie przeszkadza trutniom w opętańcu. Miesiąc miodowy zakończmy halucynogenną herbatą. Srebrna łyżeczka przyda się do oddzielania larw.

pod latarnią

Ulicami nieprawdziwi ludzie. Karykatury wyposażone w strzelby do makijażu. Ciemnością niewrażliwość głucha i niewidoma. Dławię się, ale któregoś dnia utopię ich wszystkich w wymiocinach. Ten bezdomny, którego widmo jeszcze długo będzie się unosić w wagonie, jest od nich wszystkich o wiele bardziej rzeczywisty. Sam jestem nie lepszy. Sam już nie wiem – czy od nich, czy od niego. Małodobry nawet. Sam, przeważnie.