klon

Czy umiem jeszcze pisać? Kiedyś było tyle słów… Trudno odnaleźć je po ciemku. Noc zapada jeszcze przed południem, niski księżyc wspiera się na wieżowcach, przyciska mnie do asfaltu. Nie mogę się tu położyć, choć każdy krawężnik wydaje się być poduszką, nie mogę, bo wokół upadają okruchy dachów. Tu kawałek anteny, tam odłamek komina, jeszcze gdzie indziej fragment czerpni. Grad pocisków spycha mnie w mniej uczęszczane rejony. Tak ci się tutaj podoba? Myślisz, że jeżeli odświeżysz fasadę budynku i ozdobisz ją stylowym oświetleniem, to to coś zmieni? Że zmyjesz z otoczenia tę śląskość, ten wjazd do Radomia, Bałuty, krakowski Kazimierz z czasów kiedy nie był modny, smog w górach? Być może morze. Możliwe, że tam nie miałbym przed czym uciekać. Dalej już się po prostu nie da. Tutaj milczącą straż pełnią kominy gotowe w każdej chwili puścić mnie z dymem.

4 myśli na temat “klon

Dodaj komentarz