W dniu w którym opadły maski pewnie jak wielu innych ludzi na widok zbliżającego się tramwaju wkładałem odruchowo rękę do kieszeni w poszukiwaniu obowiązkowego kamuflażu. Nie ogoliłem się rano, ktoś pewnie nie zdążył pomalować ust. Czułem się nieco dziwnie, tak bezwstydnie wystawiony na widok publiczny. Na przywitanie słońca wyszły tłumy, odbierając mi tym samym mój park. Teraz pada deszcz, a ja poruszam się w przeciwnym kierunku do jego kropel. Schodami z liści w górę i do wewnątrz.