wie czar

Oknem wchodzą gałęzie. Każdy konar śpiewa na swój sposób. Zupełnie nie szumi mi od tego w głowie – myśli unieruchomiła żywica. Spoglądam na swoją skórę z zadowoleniem. Odzyskałem dawne barwy, choć mam wrażenie że zieleń jest tak naprawdę odcieniem szarości.

ta dam!

Mówisz masz. Co, ja nie napiszę?! Przytrzymaj mi drugą kawę! Jestem na fali. Jestem surferem na monstrualnej fali. Choć nigdy w życiu nie pływałem na desce. Kiedyś tylko jeździłem na deskorolce. Jakieś trzydzieści lat temu, gdy deskorolki i hulajnogi wprawiało się w ruch własnymi nogyma. Faluję więc. Unoszę się na jej grzbiecie, wykorzystuję ją jak każdy bałwan – do pożegnań. Macham, śnieżę, zanikam – nie znikam. I wyczekuję momentu aż się coś spektakularnie wykolei. Zawsze tak jest: gdy ja odzyskuję równowagę, to świat akurat wyskakuje ze swoich torów. Co tym razem? Kolejna pandemia? Może w końcu ogień wojny strawi cały świat? Apokalipsa? Nie, to będzie coś mniejszego. Coś kameralnego, swojskiego, rodzinnego. Taaak, zdecydowanie rodzinnego. I może tym raz się uda. Tym razem się wymigam. Żadne odpryski gównianej codzienności nie dosięgną mnie na szczycie fali. A nawet jeżeli, to przepadną w czasie zmyte przez wodę. Odegnane przez żywioły, nareszcie.

ej ty!

W momencie wydania wylałem na ten album wiadro pomyj. Dwadzieścia lat później słucha mi się go doskonale, inspiruje mnie do własnych działań i tworzy wspaniałą ścieżkę dźwiękową dla codzienności. Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią czasu. Dwadzieścia wte, dwadzieścia wewte. Przeszkodą może być jak zawsze głowa. Musi być spokojna. Wtulona w pastelowe kolory marynarek Sonny’ego Crocketta. Zaskoczona telefonami umieszczonymi w samochodach. Przykryta skrzydłem flaminga. Trzymana w ryzach całą magią Eternii. Zanurzona w ciepłym morzu syntezatorów. Nocą rozświetlona neonami, nie blaskiem pochodni odbitym w ostrzach wideł.

43

Oto czternasty wpis w tym miesiącu. Chciałbym do końca dnia zamieścić jeszcze dwa, żeby było ich więcej niż w poprzednim maju. Chciałbym, bo uzmysłowiłem sobie dzisiaj, że blogowanie (tak się jeszcze mówi?) jest dla mnie bardzo ważne, a zaniedbuję je od dawna straszliwie. A wiele zawdzięczam temu miejscu. Między innymi najwspanialsze chyba znajomości, jakie udało mi się nawiązać w ostatnich latach*. Mniej lub bardziej wirtualne, ale nie tracące przez to na znaczeniu. I chociaż świat blogowy bardzo się zmienił i nie przypomina za bardzo tego, który tak mnie kiedyś ujął (jak mawia mój dobry – blogowy, a jakże – znajomy: „to jak pojęcie telefonu teraz a 40 lat temu”), to nadal ma specjalne miejsce w moim sercu. Po prostu uwielbiam tę szufladę z tymi wszystkimi notatnikami.

*Te lata można już liczyć w dziesięcioleciach, co jest straszne i fascynujące zarazem.

trawa

Nie dotarłem na to wzgórze. Miałem usiąść na ławce i patrzeć w przeszłość. Innym razem. Coś mi mówi, że będę tam częściej bywał. Następnym razem znów zdziwię się, że trawa wygląda w sumie tak, jak wtedy. Dzika, z rzadka koszona. W jakimś korowym piśmie dla młodzieży w rubryce „Napisz do Kasi” przeczytałem, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomina woń męskiego nasienia, dlatego też wczesną wiosną niektóre panie mogą być bardziej pobudzone. Przytaczam z pamięci prawie słowo w słowo, chociaż minęły trzy dekady. Wryło mi się to w banię do tego stopnia, że nie ma opcji, żebym wczesną wiosną wypełnioną symfonią kosiarek nie przypomniał sobie o tym artykule. Choć mnie się nie kojarzy.

Każdy zakamarek starych śmieci przywołuje wspomnienia, byłem tam już tyle razym, że wydawało mi się, że przejrzałem je już wszystkie. Nic bardziej mylnego. Ostatnio, odrywając się od trawy myśli poszybowały ku frontowej klatce schodowej mojego dawnego bloku i – bam! Przecież tu mieszkał pewien starszy ode mnie kolega. Całe osiedle mogło wysłuchać jego zmagania z (Anasthesia) – Pulling Teeth Metalliki. Zapowiadał się z niego utalentowany basista. Jego brat przez chwilę ćwiczył w piwnicy na perkusji, ale sąsiedzi szybko wybili mu to z głowy. Wystarczyło im moje pianino kilka godzin dziennie. W każdym razie moment, w którym zwabiony uderzeniami stopy i werbla z zaciekawieniem schyliłem się do piwnicznego okienka, chyba zaważył nad resztą mojego życia. Ujrzałem kawałek zestawu perkusyjnego i oszalałem.

kim (wexler)

Wielożyciowość, mnogoczekiwania. Kim jestem w twoich oczach, czym jestem w czyichś uszach? W pracy przebieram się w roboczą twarz – moje ja czeka w szatni na koniec zmiany. Czy staję się bardziej sobą po powrocie do domu, gdy umieszczam umysł w wygodnych pantoflach? Nie znajduję odpowiedzi na żadne z tych pytań, bo mam problem z odnalezieniem się.

^o^

Diane, twoje wyobrażenia na mój temat tak bardzo mijają się z rzeczywistością, że bardziej już się nie da. Gdybyś wiedziała w ilu wszechświatach się pławię, zmieniłabyś zdanie. Jestem kruchy, niesolidny i niestabilny. Nie jestem jednością. Ulepiony z wielu niepasujących do siebie cząstek, z których każda zanurzona jest w pyle innych galaktyk. Mój umysł rozpadł się na kawałki nieskończenie wiele razy, udało mi się zrekonstruować go w tylu odmiennych formach, a żadna z nich nie przypominała nawet w przybliżeniu pierwotnego ja. W swojej głowie czułem już zęby, pazury, macki, parzydełka, żądła, łuski… Przestało uwierać stosunkowo niedawno, bez ostrzeżenia. Coś musiałem stracić, żeby zyskać ten spokój. Tylko co? Trudno mi określić, bo nie ma po tym czymś śladu. A tak w ogóle, to jak się ma Annie?

Pamięci Windoma Earla