trip

Wykradam się stąd, porywam siebie. Kuchennymi drzwiami z tyłu głowy. Przystanek. Mijam szpital w którym umarł mój ojciec. Zdaje się, że było jakieś święto. Nie wiem, nikt mi niczego nie wręczył, ja też nie poszedłem zapalić świeczki. Tak się to toczy. Obok szpitala ośrodek leczenia uzależnień. Jego pacjenci jak zawsze gdy jest ciepło okupują pobliskie ławki. Bardzo radośnie wyglądają. Głośno rozmawiają żywo gestykulując, odgrywają jakieś role. Nie wszyscy mieszczą się na ławce, niektórzy po prostu siedzą na chodniku. Mają wprost cudownie wyjebane na rzeczywistość, bo też i czym tu się przejmować mając takie życiorysy? Wsiada starszy pan, podobnie jak ja ma czerwone tenisówki. Tak po prawdzie moje są bardziej bordowe. Pan ma po dwa zegarki na każdym nadgarstku i mnóstwo bransolet. Zaczynam niezdrowo się zastanawiać, czy kolor moich butów aby nie wpłynie na stopień mojego wariowania z wiekiem. Upał nieco mniejszy niż w ostatnich dniach, frekwencja spacerowiczów utrudnia mi medytację. Czas wracać. Wspominam dzieciństwo w cieniu kominów i nieużywanej sceny. Na jednej z alejek dostrzegam napis „META”. Kusi mnie żeby dopisać „LLICA”, bo właśnie słucham, ale nie mam czym. Reszta przebiega jak zwykle. Ludzie nadal nie potrafią kasować biletów w tramwajach i dziwią się, że drzwi automatycznie zamykają im się przed nosem, albo że co chwilę się otwierają, skoro ktoś opiera się o przycisk. Sms od mamy – coś nam przyniesie do domu z zakupów. Bardzo się staram jej nie spotkać, ale wpadamy na siebie w drzwiach. Dzień jak co dzień. Jestem sam tylko chwilami. Może to i dobrze.

niedotyczące

Nie dotyczą mnie te upały. Wcale się jakoś specjalnie nie pocę. Na złość całemu światu ubieram się na czarno, wyprzedzając ewentualną żałobę. Nie noszę okularów więc mrużę oczy, ale wbijam bezczelne spojrzenie prosto w słońce rzucając mu wyzwanie: no co, tylko na tyle cię stać? Przyświeć mocniej! Wypal się czym prędzej, dla mnie bomba, wyładuj swoje baterie, resztę dokończy jesień. Bo ona jest wieczna, wiesz? Przyjdzie prędzej niż się spodziewasz, nie da się jej pomylić z czymś innym. Czuję ją nawet w tym gorącym wietrze, który ściga się z ludźmi w labiryncie osiedli, które rosną w mieście jak grzyby halucynogenne. I mimo wszystko te bloki zimne, i ja zimny, choć podmuchy gorące, niedotyczące.

bateryjka

Z morza świateł ławicą wynurzają się dłonie nie poszukujące pożywienia jedynie wrażeń odzyskać wzrok słuch przetykać drżeniem całego mijanego świata odjeżdżającego peronu gdzie głód odjeżdża w siną dal za horyzontem bladego świtu obnażającego powstawanie kolejnych kamienic na dachach tych już istniejących w świadomości czasów powojennych nigdy nie dokonanych pomiędzy czterema pokojami można zawsze wstawić ślepą kuchnię pełną niespodzianek gdzie każdym rankiem zmieniają się osobowości pod wpływem osobliwie przyjaznych bytów zza cienkiej granicy którą przekroczyć można jedynie za polizaniem paszportu potem już tylko można się przyglądać pieczątkom zmieniającym swoje miejsca z nadgarstka przez kark łydkę aż do odpływu tam gdzie zasklepione blizny po skrzydłach które tracimy z każdym rokiem.

ćmiętla

Zacina mi się klawiatura, wpisuje po kilka znaków za naciśnięciem jednego klawisza. Jakby mnie ponaglając, zostawiając mnie w tyle, to ja się potykam, nie nadążam, nie pożądam, łaknę jedynie spokojuuu. O, widzisz? Pogoda jest scenografią, muzyka ścieżką dźwiękową, a to wszystko dookoła to film. Kolejny który nakręcę o sobie. Zresztą nawet nie ja, wszystko samo się zrobi. Za naciśnięciem paru raptem przycisków. Do papieru tak bardzo lubię wracać, papier wszystko przyjmie, wiele też odda. Do samotności nieistniejącej często się zwracam, przyglądam się sobie i wniosków żadnych nie wyciągam. Z kapelusza, którego przecież nie noszę, mógłbym zaczerpnąć parę pomysłów na ubarwienie, na oddzielenie, na wniebowstąpienie, bo to zawsze łatwiej, gdy głowa jest sztucznie przedłużona i zahacza o chmury. Ale kto jak kto, ale ja przecież tego nie potrzebuję, tak jak tych obcasów o które tylko bym się potknął, tak jak ta klawiiatuura, oo widzisz, za naciśnięciiemm jeddnego klawisza.

vhs

Jestem gdzieś zapisany. Na taśmach, gdzieś po środku niczego. Nie na stronach wyrwanych życiu, nie w szumie muszli. Pustkowie, pustynia, pustostan. Opuszczona stacja benzynowa, windą dwieście pięter w dół, schowek na miotły. Co jakiś czas ktoś próbuje przekonwertować mnie na nośnik cyfrowy, udaje się w tym celu do owego schowka, wyprasza stamtąd zamieszkującego schowek Mariusza Maxa Kolonko, odnajduje interesującą go kasetę i zabiera ją do laboratorium. Ale nigdy mu się nie udaje. Konwersja niemożliwa, urządzenia niekompatybilne, zapis niemożliwy, odczyt co najwyżej. Jedyne co się kilka razy udało, to przekonwerterowanie, ale nie o to chodziło w tym eksperymencie.

72

A już mi się wydawało, że jedyne o czym mogę śnić tej nocy to zlew. Płukanie, mycie, szorowanie. Owoce, warzywa, mięso. Resztki. Przypalone skorupy. Ale nie. Pod koniec weszła ona, cała na… chyba niebiesko. Doskonale fikcyjna kobieta. Jak żyję takiej nie widziałem i może to i dobrze. We śnie bardzo łatwo przyszło mi odrzucenie wszelkich moralnych norm. Zaczęło się od i skończyło zarazem na pocałunku. Ale na jakim! Był tak pobudzający, że aż się obudziłem.