Lubię to uczucie, gdy z umysłu opadają zasłony, welony, kurtyny, ślimaki, robaki, łuski, pióra, paznokcie, galaretki, budynie, kartki kalendarza, niewygodne buty, horrory oglądane przez palce, książki zalane zupą, zapomniane zadania domowe… Lubię, gdy tego wszystkiego nie ma. Jest tylko szlak, bez żadnych życiowych drogowskazów, po prostu kawałek suchego asfaltu, jakieś widoki, miarowy chód. Naprzód. Lewa, prawa. Wdech, wydech.