Wykradam się stąd, porywam siebie. Kuchennymi drzwiami z tyłu głowy. Przystanek. Mijam szpital w którym umarł mój ojciec. Zdaje się, że było jakieś święto. Nie wiem, nikt mi niczego nie wręczył, ja też nie poszedłem zapalić świeczki. Tak się to toczy. Obok szpitala ośrodek leczenia uzależnień. Jego pacjenci jak zawsze gdy jest ciepło okupują pobliskie ławki. Bardzo radośnie wyglądają. Głośno rozmawiają żywo gestykulując, odgrywają jakieś role. Nie wszyscy mieszczą się na ławce, niektórzy po prostu siedzą na chodniku. Mają wprost cudownie wyjebane na rzeczywistość, bo też i czym tu się przejmować mając takie życiorysy? Wsiada starszy pan, podobnie jak ja ma czerwone tenisówki. Tak po prawdzie moje są bardziej bordowe. Pan ma po dwa zegarki na każdym nadgarstku i mnóstwo bransolet. Zaczynam niezdrowo się zastanawiać, czy kolor moich butów aby nie wpłynie na stopień mojego wariowania z wiekiem. Upał nieco mniejszy niż w ostatnich dniach, frekwencja spacerowiczów utrudnia mi medytację. Czas wracać. Wspominam dzieciństwo w cieniu kominów i nieużywanej sceny. Na jednej z alejek dostrzegam napis „META”. Kusi mnie żeby dopisać „LLICA”, bo właśnie słucham, ale nie mam czym. Reszta przebiega jak zwykle. Ludzie nadal nie potrafią kasować biletów w tramwajach i dziwią się, że drzwi automatycznie zamykają im się przed nosem, albo że co chwilę się otwierają, skoro ktoś opiera się o przycisk. Sms od mamy – coś nam przyniesie do domu z zakupów. Bardzo się staram jej nie spotkać, ale wpadamy na siebie w drzwiach. Dzień jak co dzień. Jestem sam tylko chwilami. Może to i dobrze.