z lasu osnowy
pod nocą osłony
o tym i owym
są sowy
z lasu osnowy
pod nocą osłony
o tym i owym
są sowy
paraliżują te lisie spojrzenia w bok które przypominają o samotnych ławkach przy zatłoczonych promenadach i o kopczykach ziemi które rozwiał wiatr zgniótł but przejechał samochód na które spadł deszcz ktoś na nich coś wybudował zasadził ktoś wyrwał spalił zdewastował a jeszcze ktoś inny zwyczajnie o nich zapomniał
A co, jeśli umysł mój spowiła grzybnia? Taka bajkowa, legendarna wręcz, świecąca w ciemności dzięki porozwieszanym na kapeluszach małym latarenkom? To by wiele tłumaczyło. To naprawdę wiele przekłada z naszego na migotaniowy. Słowa tego nie oddają, słowa głównie zabierają. Czas, powietrze, kolory aury. Nawet imiona potrafią zaburzyć z trudem wprowadzony w rzeczywistość ład. Nie mówiąc już o tym, że niektórzy mówią z włączonym Caps Lockiem. Przez cały czas. Caaałyyy czaaas.
Dla odmiany oderwę się tym razem od ziemi. Może by tu coś po sobie pozostawić, tak zupełnie na wszelki wypadek? Tylko co, skoro jedyne o czym umiem ostatnio myśleć, to o tych miejscach niemalże nietkniętych samochodem, gdzie społeczność mnie nie odrzuca, bo niczego nowego ze sobą nie przynoszę? Tyle, musi to póki co wystarczyć. Muszę się oderwać, spojrzeć na siebie z góry, odlecieć od siebie. Wrócić – czy odmieniony? Za stary jestem na takie numery, ale z drugiej strony może zaznanie czegoś, czego jeszcze się dotąd nie doświadczyło, może coś jednak poprzestawiać w człowieku. Bo co, jak nie nowe? Nałogowe brodzenie w przeszłości nie przynosi niczego poza przyjemnością. Tak więc – sorry, muszę lecieć.
Chyba znowu mi się dusza trochę rozpadła.
Chyba znów trzeba zrobić to, co się zrobiło w zeszłym roku. A właściwie czego się nie zrobiło. Nawet czas mniej więcej ten sam.
Chyba pierwszy dzień miesiąca jest dobry na takie rzeczy.