no dobrze

Dobrze jest zrobić coś pierwszy raz w życiu. Na przykład parę dni temu na uroczystej kolacji poproszono mnie o wzniesienie toastu. Opanowałem pokusę zwrócenia na siebie uwagi filmowym zadzwonieniem sztućcem w kieliszek i wygłosiłem niezbyt starannie przygotowaną wcześniej krótką mowę. Zawarłem w niej trochę uczciwych uczuć i szczyptę humoru. A potem czułem się nieswojo. Ale mimo wszystko przyjemnie jest zrobić coś, czego do tej pory nie miało się okazji. Za to dziś jak milion razy wcześniej, ale pierwszy raz od jakiegoś czasu, przespacerowałem się utartymi szlakami z muzyką w uszach i… to dopiero było dobre!

smu

Czasami łapię go, chwytam literalnie za kołnierz i próbuję utrzymać go tutaj jak najdłużej. I ogarnia mnie wielki smutek, bo czuję, że będzie ze mną tylko na jakiś czas. Zawsze w końcu znika, tak jak te wszystkie piękne chwile. Gdzieś w deszczu na czyimś policzku. Czy wszyscy wariaci tak mają?

kaktus

Wróciłem. Wybacz, nie udało mi się napisać stamtąd. To całe morze… We mnie jest jednak jakiś pustynny pierwiastek. Czułem się tam dobrze, bo w końcu plaża to piasek, ale jednak bez zimnych gwiazd nocą, bez przyprawy… Z jednej strony fajnie, ale zabrakło lodu w szklance i załatwiania szemranych interesów na złomowisku. W zasadzie niewiele mam do zaoferowania, więc pewnie nie wsiądziesz do mojego samochodu. Ale gdyby jednak, proponuję przejażdżkę. Szybką, nie zdążę ci wszystkiego pokazać. Zmiana fazy, czerw przekształca się we wrześmiana.

teraz pan ma relaks

No, może jeszcze nie. Jutro wieczorem. Ja i bezkres. I będziemy się sobie przyglądać. I mam nadzieję wrócić zdecydowanie inny. Skręciłem ze swoją codziennością w jakiś ciemny zaułek i przedawkowałem ją. Wyprodukowałem sobie swój własny trefny towar, stąd ta częściowa śmierć mózgu. Nie, nie widziałem światełka w tunelu, nie miałem wrażenia odłączenia się od ciała, życie nie przeleciało mi przed oczami. Już prędzej trochę go przeciekło między palcami. Generalnie nuda i oszustwo. Więc potrzebuję się przewietrzyć.

ups!

Ej, panie kurierze! A nie obawiasz się pan, że któregoś dnia jedna z przesyłek może zawierać coś magicznego? I że jak samochód podskoczy na jakimś wyboju, a pełno ich na przykład na wjeździe do mojego miasta, to ta zawartość może się przypadkowo wydostać i trochę panu udzielić? Co by to było, gdyby dostawczak nagle dostał skrzydeł i wzniósł się nad zakorkowaną obwodnicą sypiąc dookoła różnokolorowym błyszczącym pyłem? Nie ostrzegają o tym podczas rozmów o pracę?

syn

Mój syn któregoś dnia umrze, bo zwyczajnie zapomni o tym, żeby oddychać.
Wstawanie rano i ogarnięcie się zajmuje mu obecnie jakieś dwie godziny. W roku szkolnym zajmowało mu to godzinę, przy czym śniadanie miał na stole, a jedzenie do szkoły wystarczyło tylko schować do plecaka. Do samej szkoły miał jakieś dziesięć minut na nogach, więc wychodził za pięć. Teraz będzie miał jakieś pół godziny, pod warunkiem że trafi mu się od razu tramwaj, a lekcje będzie zaczynał o 7:10. Chyba na początku w ogóle nie będzie się kładł spać, żeby zdążyć.
Najwięcej czasu zabiera mu mycie i rozczesywanie włosów. Nosi długie już od kilku lat, ale dopiero niedawno pokazałem mu jak o nie dbać, żeby wyglądały po umyciu na umyte, a nie na wysmarowane majonezem. Nie wiem czy zrozumiał. 
Dzisiaj poprosiłem go o to, aby obrał ziemniaki. STARE ziemniaki. Powiedziałem mu, żeby sprawdził, czy w domu jest na tyle STARYCH ziemniaków, żeby starczyło do obiadu i na kluski, a jeżeli nie ma, to żeby przyniósł STARE ziemniaki z piwnicy. I żeby te STARE ziemniaki obierał nożem i trochę grubiej, bo już zaczęły kiełkować. Poszedł. Przyniósł i obrał duży gar nowych. Nie zauważyłem tego, bo prasowałem. Zapytałem go, w którym momencie naszej rozmowy o STARYCH ziemniakach wydedukował, żeby jednak przynieść i obrać nowe. Nie umiał mi odpowiedzieć. Czasami naprawdę nie dziwię się żonie, że jest do niego wrogo nastawiona i że głównie to tylko na niego krzyczy…
Może to moja wina, może to jakieś echa tego, że w młodości przyjąłem dość sporo LSD? I teraz mam za swoje – kosmitę w domu. Nie wiem, naprawdę. 
Czasami ma się ochotę trzasnąć. Albo drzwiami i wyjść, albo w ten niedomyty łeb – żeby się obudził. 

pasaż-R

Za każdym razem wchodząc po tęczowych szczeblach zastanawiam się, czy to już, czy w tym momencie mogę się odepchnąć, czy teraz jakaś siła sprawi, że mój upadek będzie miał odwrotny kierunek, że cały świat wykona subtelnego twista? To byłoby coś pięknego, tak spadać w górę. Może na tym to wszystko właśnie polega, może w tym tkwi podpowiedź, może do tego należy dążyć. Podpowiedź-spowiedź, może-morze. Wszystko się przenika. WSZYSTKO. Wracając do tego przyjemnego nurkowania w niebiesiech, to myślę, że gdy już osiągnie się ten stopień wtajemniczenia w którym rzeczy upadają do góry, to reszta tajemnic otworzy się na podobieństwo wachlarza. Albo potrącanych elementów domina. Gdzieś tam minie się świadomością ostatnią (a może pierwszą, zależy z której strony upadać) galaktykę po to, by za nią natknąć się na ścianę z obrzydliwych zielonych i brązowych kafelków. I znowu trzeba będzie poświęcić ileś żywotów, ileś cywilizacji, na sforsowanie jej. Po to tylko, aby przekonać się, że po drugiej stronie zgromadzone są te wszystkie przedmioty, które nam kiedyś upadły (!) na podłogę, nigdzie się nie odtoczyły ani nie odskoczyły, ale za żadne skarby świata nie dawały się odnaleźć.