listowie

Mgła wdzierała się do gabinetu, bo Twórca tak to sobie wcześniej zaplanował. Okno ukrył przed światem i to było dobre. Gdzieś poza czterema ścianami działy się rzeczy ważne, ale przestał o to dbać. I to też było dobre. A najlepsze w tym wszystkim było to, że przejrzał wszelkie metody kamuflażu używane przez jego Nieprzyjaciela. Niektóre ujarzmił, z innymi udało mu się zaprzyjaźnić, pozostałe zignorował. Tak, było to zdecydowanie jego najlepsze od niepamiętnych czasów dzieło: wyjście z sytuacji do ogrodu.

snop

Parę nocy temu śniło mi się, że umieram. Drugi raz w życiu. W sensie, że nie umieram po raz drugi, tylko ponownie miałem taki sen. Za pierwszym razem (chodzi o sen) było to jakieś dwadzieścia lat temu, jeszcze na studiach. Płonąłem żywcem na placu zabaw w pobliżu bloku w którym mieszkałem. Rozmawiałem równocześnie ze swoim przyjacielem (wrótce ojcem, ale w rzeczywistości, nie we śnie, w dodatku teraz, nie wtedy) i pocieszałem go, że tak po prostu będzie lepiej, naprawdę nie ma się czym przejmować. Tym razem załatwił mnie jeden z trzech czerwonych diabłów. Takich gumowo-komiksowych. Ale ponownie bez dramatów, po prostu tak z jakichś powodów miało być. Z tym że coś poszło nie po (czyjej?) myśli i jakoś nie mogłem umrzeć. Szukałem w tym śnie tego diabła co mnie dziabnął żeby go zapytać co jest, że to chyba za długo trwa, powinienem już to chyba mieć za sobą. Czy znalazłem – nie pamiętam. Ale pamiętam spokój. Dobrze by było kiedyś go zachować, jak już przyjdzie co do czego.

Są. Odbierz.

Poddaję się życiodajnej, choć zarazem żerującej na witalności fali. Swobodnie dryfuję na plecach, nie wiem czy mam na sobie ubranie. Nade mną przesuwają się fioletowe palmy na tle nieba barwy świeżo skoszonej trawy. Od do. Długość dryfu zapisana jest w pamięci włosów i paznokci. Pod niebem więc palmy, na ciele świetlne plamy. Ot co.

ślady

Zostawiamy je. Czy tego chcemy, czy nie. Rozsypałem się po całym świecie. Smak tu, zapach tam, wspomnienie jeszcze gdzie indziej. Jesteśmy w tylu miejscach od lat. W czyichś snach, łzach, uszach, oczach. W czyimś dezodorancie, w żutej przez kogoś gumie. W prędkości dźwięku, w szatkowanym przez gałęzie słonecznym promieniu, pod stertą internetowych śmieci.

przekoduj

Nie nadążyłem za tą zmianą. Kontynenty przesunęły się, pozamieniały miejscami. Stonehenge jest teraz pod ziemią, gwiazdy straciły swoją podporę. Wodospady wzlatują ku niebu, słońce wstaje przeciskając się pomiędzy wrakami podwodnych okrętów. Wiatr zasysa, odjeżdżają kolejne perony. Burze w szklankach wody, pożary marynują lasy. Stoję pośrodku tego wszystkiego taki sam jak zwykle, do bólu zazwyczajny, wiecznie na głodzie zmian.

w przededniu

To już jutro. Może jutro to się oficjalnie skończy. Może od jutra będzie po wszystkim. Wiem, przypomina to niejedną refleksję czy nadzieję, której ślady przez lata rozsypywałem to tu, to tam, ale nic nie poradzę, zaklinanie deszczu zawsze wygląda tak samo. Życie przypomina trochę chodzenie po górach. Niby za każdym razem jest tak samo, ale przecież nie do końca. Czasami, żeby odczarować suszę, wystarczy po prostu kogoś ze sobą nie zabrać.