Parę nocy temu śniło mi się, że umieram. Drugi raz w życiu. W sensie, że nie umieram po raz drugi, tylko ponownie miałem taki sen. Za pierwszym razem (chodzi o sen) było to jakieś dwadzieścia lat temu, jeszcze na studiach. Płonąłem żywcem na placu zabaw w pobliżu bloku w którym mieszkałem. Rozmawiałem równocześnie ze swoim przyjacielem (wrótce ojcem, ale w rzeczywistości, nie we śnie, w dodatku teraz, nie wtedy) i pocieszałem go, że tak po prostu będzie lepiej, naprawdę nie ma się czym przejmować. Tym razem załatwił mnie jeden z trzech czerwonych diabłów. Takich gumowo-komiksowych. Ale ponownie bez dramatów, po prostu tak z jakichś powodów miało być. Z tym że coś poszło nie po (czyjej?) myśli i jakoś nie mogłem umrzeć. Szukałem w tym śnie tego diabła co mnie dziabnął żeby go zapytać co jest, że to chyba za długo trwa, powinienem już to chyba mieć za sobą. Czy znalazłem – nie pamiętam. Ale pamiętam spokój. Dobrze by było kiedyś go zachować, jak już przyjdzie co do czego.
Podobno wszystko zależy od sposobu umierania… tzn od tego, czym w danej chwili karmi się mózg.
Minuta Ciszy- widziałeś ten serial?
PolubieniePolubienie