Mój mądrzejszy ode mnie zegarek informuje mnie codziennie, że dziesięć tysięcy razy dreptałem w miejscu. No, może bardziej chodziłem w kółko. Wydeptałem przez te lata taką ścieżkę, że niedługo będzie ona przypominać okop. Albo fosę. I faktycznie, gdzieś tam po środku tej trasy bronię się i walczę. Przed wszystkimi i ze sobą. Odnoszę spektakularne porażki i kolosalne zwycięstwa. I na odwrót. I nie zmienia się nic i wszystko. Jakby dla przypomnienia tego bezczasu w pokoju socjalnym w pracy wiszą trzy kalendarze. Jeden z gołymi babami, drugi z jakiegoś wydarzenia firmowego, trzeci z alkoholami. Za to wszystkie sprzed paru lat. Na jednym z nich systematycznie zmieniamy miesiące, zgadnijcie na jakim, haha hehe hoho, buhaha.
Miesiąc: Listopad 2022
kożuch
Kożuch dźwiękowy wokół chyba w końcu nareszcie własnego ja wyhodowany. O ileż lepiej, jakże cieplej, ależ lżej. A ty leż! Bo tylko łżesz! Dogoniłem plecy, napięcie rośnie, temperatura spada, na pięcie się od tego wszystkiego odwracam. Kota mieć nie mogę, nawet z kurzu. Gonię z tematu na temat niczym marcowy zając, choć to zgoła inna pora roku, zgoła inna.
maszyneria
Niegdyś plugawa, obecnie monotonna. Codziennie rano ten sam ruch, pompowanie odpowiednich płynów w odpowiednie miejsca, by obwody w miarę sprawnie funkcjonowały. Szum. Staję w drzwiach łazienkowych i używam framugi do uporządkowania światopoglądu. Powinienem się skupić na resztkach dnia, ale uwagę zaprząta mi błądząca myśl na temat tego, czy kiedykolwiek będę miał sposobność stania się tym, kim nigdy nie byłem.
2×12″ 4+3 648mm
Mój bambus chyba nie przeżył operacji skrócenia przez rozmnożenie. Ja wczoraj przeżyłem czołowe zderzenie z czasem i przestrzenią, ale z czasem się do tego przyzwyczaję. Jeden ma syna kilkutygodniowego, drugiego syn od kilku tygodni chodzi do szkoły średniej. Jedno i drugie zdawałoby się kiedyś niemożliwe, nie do pomyślenia, nierzeczywiste. Przestrzennie spoglądam przez palce na wiele spraw, sprawnie omijając rzucane przez ramię kłody. Patrzę pod nogi by tym razem się nie potknąć, nie zachwiać, nie stracić równowagi, ewentualnie schylić się po te kule i iść o nich, cal po calu, do przodu. Zawsze do przodu.
fri
czy gdybym zsumował te wszystkie momenty
w których czułem, że się uwolniłem
byłbym prawdziwie wolny?
…
Mimo wszystko zbliżam się.
dzikie węże
Muszę sobie odjąć. Od ust, aż po ramię. Cały muszę być ujemnie ujmujący. Nie nadaję się dzisiaj do obcowania z ludźmi, dlatego też wieczorem będę zamknięty w jednym pomieszczeniu z kilkoma tysiącami osób. Kawa więc może czwarta, kawa zasłania czarta. Zew zagłuszony przez ziew.
mechanicznie
Nie lubię, gdy zagląda mi się pod maskę. Przed oczami staje mi warsztat samochodowy, ale doprawdy nie to miałem na myśli. Chodzi mi o to, że zwierzyłem się komuś bliskiemu z tego, co czasem się ze mną dzieje. Zdjąłem na chwilę jedną z masek. I teraz jest mi z tym źle. Czuję się kontrolowany. Moje napady dobrego humoru przyjmowane są badawczymi spojrzeniami. „Naprawdę się dobrze bawisz, czy coś próbujesz ukryć?” – usłyszałem w pewnym momencie. Lepiej mi było, gdy byłem nieprzenikniony. Czuję się nagi.
zmiana pór roku

chwytaj
wszystkich nieobecnych
wycofywali się stopniowo
sam święty nie jestem

jedlica
Płuca pełne igliwia.
Wzrok zatacza koła.
Myśl świeżością przerębla.
Krew jak górski strumień.
To tak odgórnie.