snopy

Wiązki przed dźwiękiem budzika pozbierane. W żadną konkretną całość. Tu z tortu wyskoczę, tam na kubańskim weselu się pojawię, ot takie tam. I w składzie porcelany agresora obezwładnić mi przyjdzie, ruchami o dynamice muchy w miodzie. Powyżej uszu mam codzienne śnienie.

mandaryn

Wspaniale było wracać przez park. Po śniegu pozostało już tylko wspomnienie, nieprzyjemna dla większości aura skutecznie wypłoszyła spacerowiczów. I bardzo dobrze. Ostatnio aż się wzdrygam, gdy na moich alejkach jestem zmuszony mijać innych ludzi. To samo dotyczy tramwajów: zbytnia bliskość i nachalne sąsiedztwo są w stanie zmusić mnie do opuszczenia pojazdu przed miejscem docelowym. Więcej przez to chodzę i wmawiam sobie, że dzięki temu poprawił się mój sen. Sypiam faktycznie lepiej, tyle tylko, że wymazuję z pamięci te momenty w których zażywam melatoninę. Mimo wszystko ma to swoje plusy: śpię mocniej, głębiej, a to, co mi się śni mogłoby być przedmiotem akademickich dyskusji. Może i mogłoby być, gdybym tylko był zauważalny. Ale w sumie… Dobrze mi z tą moją niedostrzegalnością. Jestem niepozorny jak mandarynka. Życie nie po raz pierwszy odesłało mnie na ławkę rezerwowych, ale naprawdę nie narzekam: mam stąd wspaniałą perspektywę i naprawdę niecodzienne widoki.

lód

Po jakimś roku używania nowej (wówczas) lodówki dotarło do mnie, że ona generuje lód. W sensie nie ten osadzający się na ściankach zamrażalnika. I nie ten do zrobienia na przykład w woreczkach. Po wybraniu odpowiedniej funkcji w magiczny sposób kostki lodu same wpadają do szklanki, czemu w trakcie procesu towarzyszy intymne podświetlenie naczynia. Cóż za wspaniały wynalazek! Lepszy niż cały internet, wszystkie urządzenia smart, botoks i diety pudełkowe razem wzięte! Co prawda nie ma jeszcze dziesiątej rano, ale gdzieś na świecie z pewnością jest już wieczór, więc poświęcę się w imię nauki i przeprowadzę test.

prze łom

Ostatnie dni roku. Ani lepszego. ani gorszego od kilku poprzednich lat, które w sumie i tak zlały mi się w jedno. Niby były po drodze jakieś różne wstrząsy, ale w ogólnym rozrachunku wszystko to pył, kawałek nitki na penisie kosmity pochowanego w żelatynie pod piaskami Wenus. Coś drgnęło we mnie, jednak. Czasami to drżenie, niekiedy odpadanie kolejnych warstw. Targanie się. Tak jak dziś: targnąłem się na wpis tutaj. Bo ostatnio nie bardzo umiem, a gdybym jednak rozpuścił się w tęczowym świetle, to chciałem coś tu na wszelki wypadek wyryć. Nabazgrać czerwonym markerem tag, dodać kilka rys na tramwajowej szybie. Rzecz w tym, że się zestarzałem. Inaczej pachnę, inaczej myślę. Nie jestem z tego czasu i przestrzeni, czuję się stąd wypychany. Zarezerwowałem sobie na wszelki wypadek jakieś bardziej powszechne miejsce. Nie prowadzą tam żadne ślady, próżno szukać… Właściwie w próżni próżno szukać czegokolwiek. I nikt nie usłyszy.

kaptur

Prawie wszedłem wczoraj pod samochód. Bo kaptur na głowie, słuchawki w uszach, noc niemalże nieprzespana. Dało mi to do myślenia i wiem w czym jest problem: za mało czasu poświęcam sobie. To znaczy sporo o sobie myślę, tylko chyba w niewłaściwy i szkodliwy sposób. Więc od teraz nastąpi tu w sposobie myślenia drobna zmiana. Zamierzam się też częściej obdarowywać. Impuls – proszę bardzo. Moim gitarom też należy się jakiś mikołaj.

ząbi

Niepotrzebny alarm, niechętna pomoc. Bezcelowe życzenia, bezzwrotne zainteresowanie. Uleganie, bo właściwie dlaczego nie. Nic po mnie tu, tam, nikomu. Potrzebna jest jedynie moja siła robocza. Nikt nie wnika do wnętrza. Nikt nie sięga głębiej. Nikt ze mnie nie czerpie. Jestem jedynie żaglem. Baterią słoneczną. Zasilam, wprawiam w ruch, podczas gdy jedyne o czym marzę, to o zatrzymaniu się. Mam nadzieję kiedyś się wyspać, ależ to będzie wsypa. Dotrę do tej wyspy i całymi dniami będę chodził w rozpiętej koszuli pokazując całemu światu naszyjnik z wyciągniętych ze ściany zębów. Czas o tym pomyśleć, ugryźć jakoś ten problem.