Baliseta zagłusza dudnik.
To nie bielmo, to błękit!
Baliseta zagłusza dudnik.
To nie bielmo, to błękit!
O tym, że magia wyczerpuje się, upewniły mnie zaklęcia trafiające w próżnię. Dotyk starych woluminów przestał sprawiać przyjemność, niezauważona wcześniej warstwa kurzu i pajęczyn nagle dała o sobie znać wierceniem w nosie. Eliksiry poukładane na półkach straciły swe barwy, skuteczność zapewne także. Z mojej szaty poodpadały wyhaftowane półksiężyce, a z fotela przy wtórze demonicznego pisku sprężyn ku sufitowi komnaty wzlatywała chmura moli. Zwierciadło zaniemówiło i przestało wykrzywiać czasoprzestrzeń, a powtarzane aż do zachrypnięcia inkantacje jedyne co wywołały, to moją senność. Spojrzałem na okno i pomyślałem, że za jakiś czas trzeba je będzie umyć.
Tuż przed snem moim zamkniętym oczom ukazują się skąpane w krwawym świetle piramidy. Przekroczywszy barierę śnię o czarownicy szukającej czegoś w kominie, o zdjęciach przyjaciółki wykonanych ręką nieprzyjaciela, wreszcie o tym, jak odziany tylko w ręcznik krzątam się przy jakiejś równie skąpo ubranej kobiecie, sytuacja ma miejsce rzecz jasna w pracy. Hmmm, może przedwcześnie podjąłem decyzję o przerwaniu terapii? Tralala, tralala…
jest siódma rano, piję pierwszą tego dnia kawę. Poukładałem sobie w głowie wydarzenia z kilku tysięcy ostatnich dni. Chciałbym móc powiedzieć więcej, ale z jakiegoś powodu mikrofon dyktafonu nie przepuszcza pewnych słów. Nie jest to kwestia elektroniki. Próbowałem na wiele sposobów, mówiłem z bliska, z większej odległości, szeptem, podnosiłem głos z podłogi – i nic. Rejestruje suche fakty, kurtuazyjne zwroty, tak jakby sprzężony był tylko z jedną częścią mojej osobowości. Być może powinienem sprawić sobie nowe urządzenie? Gdy uwolnię myśli pomyślę o i tym pomyśle.
Diane, zastanawiałaś się kiedyś nad sensem powiedzenia „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”? Ja za każdym razem układam pościel tak samo, a wysypiam się każdej nocy inaczej. Czasami nawet mi się to nie udaje. Przecież identycznie może być z czyimś życiem. Po co to generalizowanie, że niby dołożysz wszelkich starań i będzie cudownie, pięknie, długo i szczęśliwie. Przecież… sama wiesz.
Trzy wizyty, 750 monet, nadal nie wiem co mi dolega i jak przeciwdziałać. Po wczorajszym spotkaniu powstała nowa teoria, że jednak ten kiedyś przechodzony kryzys wieku średniego to chyba nie do końca była prawda, prawdopodobnie ma to miejsce tu i teraz. Pani głównie słucha, z rzadka coś komentuje, przez godzinę więc mówię tylko ja, a z jej wypowiedzi wyłapuję może jedno zdanie, które faktycznie coś mi ustawia w głowie, rzuca jakieś inne światło na to wszystko co sam ze sobą magluję już tyle lat. I może właśnie na tym ma to polegać, nie wiem, ale dla mnie to trochę za mało, za to zdecydowanie za drogo. Może problem w tym, że nie potrafię się całkiem otworzyć, może przerabiałem to już z lustrem tyle razy, że wszystko sam wiem najlepiej. A może zwyczajnie nam nie pykło, pani mi nie odpowiada. W każdym razie teksty typu „wie pan, że pan ma bardzo smutne usta, czemu, szkoda by było żeby taki fajny facet się smucił” nie pomagają i zniechęcają. Odczytany na dzień dobry regulamin terapii, na którą ewentualne miałbym się zgodzić, a który jest tak naprawdę niczym innym, jak cennikiem, też. Dodatkowo, co może najważniejsze: ja się ostatnio raczej całkiem dobrze czuję. I nie potrafię się wczuć w tego rozpierdolonego mnie, któremu kiedyś przeszło przez myśl, że potrzebuje pomocy terapeuty. Nie jestem w stanie przywołać uczuć, które mi towarzyszyły, to tylko jakieś ślady, wspomnienia, część z nich umiem ubrać w słowa, ale tych kluczowych niespecjalnie… Tak więc chyba jednak nie, tyle, dziękuję, do widzenia.
Nie spotkamy się.
Nic już mnie nie spotka.
Wolę chodzić rankiem. Łatwiej wtedy przenikać z jednej chmury w drugą. Pod kościołem mam czas zerknąć na okna pewnego mieszkania, w którym na wciąż świeci jakiś czerwony punkt. Tak jakby właściciele mieli w salonie tabernakulum. Do tej pory nie wiem co tam jest.
Z drugiej wizyty u znachora duszy zapamiętałem głównie to, że podobno kryzys wieku średniego mam już od dawna za sobą. Nie bardzo kojarzę jak do tego doszliśmy, ale niech będzie. To by się właściwie zgadzało, od zawsze powtarzam, że czuję się na jakieś sześćdziesiąt trzy lata.
W tym śnie byłem o głowę niższy. Przez okno widziałem jak schodzisz ścieżką pomiędzy wzgórzami, tak bardzo chciałem żebyś dostrzegła mnie niezauważalnie. Niewiele się zmieniłaś, jedynie ten zacięty wyraz twarzy był dla mnie czymś nowym. Połączyłem go jakoś ze sobą. Chciałbym móc jakoś na niego wpłynąć.