śniąc

Oto kolejny okaz w kolekcji. Wraz z żoną łapiemy jakąś kobietę która wyrządziła/zamierzała wyrządzić krzywdę naszemu synowi. Zdarzenie ma miejsce chyba w naszym mieszkaniu. Trzymam kobietę za ręce, w tym czasie żona próbuje poderżnąć jej gardło kuchennym nożem. Tym wykonanym własnoręcznie przez mojego teścia, sprezentował nam ten nóż dawno temu. Wydzieram się na żonę żeby przestała i pomogła mi trzymać kobietę, bo ta zaczyna się wyrywać. Dzwonię na policję, mówię jaka jest sprawa, niech ktoś tu natychmiast przyjedzie. I tu się zaczyna najbardziej męcząca część snu: kobieta się wyrywa, ledwo ją trzymamy, a ktoś z kim rozmawiam przez telefon najpierw mi nie wierzy, potem zaczyna sobie żartować, aż w końcu się rozłącza.

złapany gdzieś w czasie

Spacerując natknąłem się dziś na dwie kobiety rodem z filmów science fiction z lat osiemdziesiątych. Najpierw minęła mnie pierwsza z nich: ubrana w czerń i srebro, z włosami a la Małgorzata Ostrowska, w butach których jedynymi sąsiadami na półkach sklepów obuwniczych były relaksy i tak zwane bruslejki. Aż zacząłem się rozglądać, czy gdzieś w pobliżu nie stoi jakiś wehikuł czasu, albo nie migocze międzywymiarowy portal. Drugą kobietę spotkałem nieco później, ubrana jak Harrison Ford w Blade Runnerze, płaszcz, sztywna i sztuczna torebka mogąca pomieścić wielką laserową broń. Wyglądała jakby udała się do naszej rzeczywistości w poszukiwaniu tej czarno-srebrnej rozczochranej. Oczywiście padało, brakowało tylko neonów i sushi na każdym rogu ulicy.

senna osnowa

Do kolekcji dziwacznych snów dorzucam następujące:

– ten, w którym wypijam kret do rur.

– ten, w którym mój znajomy, świeżo upieczony małżonek na którego ślubie weselu bawiliśmy się kilka dni temu, wypada przez balkon na jakiejś suto zakrapianej imprezie (śnięte jeszcze podczas jego kawalerskiego stanu).

– ten z ostatniej nocy (chciałem napisać dzisiejszej), w którym razem z ojcem zastanawiamy się jak lepiej wyciąć obrazek z jednej ze stron w katalogu klocków Lego.

– również z dzisiej… ostatniej nocy: w którym maszeruję kilka kilometrów żeby odwiedzić swoją pierwszą i najczęściej wakacyjną miłość, po drodze spotykając wampira. Choć to spotkanie przebiegło chyba w dość niejasnych okolicznościach, zdaje się, że to ja byłem tym, co gryzł, w dodatku przemieniłem tego kogoś w wampira-kobietę, wampirzycę w sensie. Widziałem nawet, jak rosły mu/jej piersi.

Także ten.

krawat

W sobotę pierwszy raz w życiu sam zawiązałem krawat. Sobie. Podobało mi się towarzyszące temu uczucie. Samo noszenie krawata nie jest zupełnie w moim stylu, choć dobrze się w nim czułem. Kojarzy mi się po prostu z okazjami, przy których nie możemy być do końca sobą. Inna sprawa, że niektórzy z nas pozbawieni są tego luksusu i nigdy publicznie nie mogą ukazywać swojego prawdziwego ja. Chyba częściowo należę do tego właśnie grona. W każdym razie było to naprawdę przyjemne doświadczenie, nie wiem czemu kojarzące mi się z posiadaniem eleganckiego portfela.

milknij

A gdyby tak zaniemówić na dobre? Tak bardzo kusi mnie brak możliwości wypowiedzenia choćby jednego słowa… Kontaktowałbym się z innymi za pomocą kilku zdań, naprędce nabazgranych w notesie. Nosiłbym go ze sobą zawsze i wszędzie, nie musiałbym nawet specjalnie zmieniać nawyków, bo coś do czytania i coś do pisania jest stałym elementem mojego codziennego wyposażenia. Milczeć, więcej słuchać i mieć czas na przemyślenie krótkiej wypowiedzi. Nie musieć przyłączać się do jałowych dyskusji. Nigdy więcej nie podnosić głosu i nie kłócić się. Cisza – brzmi jak marzenie.

milcz

Brakuje mi słów, bo zaniemówiłem. Od przekrzykiwania głośnej muzyki moje gardło wysiadło zupełnie, dobywa się z niego odgłos mijających się wielorybów. Brakuje mi słów też z powodu braku talentu literackiego – nie potrafię opisać istotnej zmiany w postrzeganiu świata, która to zmiana nastąpiła ot tak, jak za pstryknięciem palcami. Obyło się bez terapeutów i leków ułatwiających zrozumienie życia i mojego w nim miejsca. Nie upiłem się, ani nie naćpałem. Nie przeczytałem mądrych książek, ani nie usłyszałem sensownych rad. Któregoś pięknego dnia po prostu zrozumiałem, że źle do wszystkiego podchodzę. Do wszystkiego. I że sam siebie zatruwam. Akceptuję swoją rzeczywistość z jej wszystkimi wadami. I jestem zmęczony ciągłym od niej uciekaniem, totalnie wycieńczony. Nie odwracam się od niej, nie chcę o niej zapominać, nie chcę żyć w żadnym innym wymiarze poza tu i teraz. Co nie oznacza, że czasem od niej nie będę musiał zwyczajnie odpocząć. Ale nic ponad to. Nic. Ponadto będę się musiał wielu rzeczy nauczyć na nowo, na przykład czytania i pisania. Ale pierwsze próby mam za sobą i podoba mi się to. Brnę dalej.

up the 2

Prawie pięć lat temu miało miejsce księżyca zaćmienie, z autobusem Arabów mój umysł odjechał znacznie wcześniej. Ale tamtego dnia znalazłem wyblakły polaroid, którego nosiłem gdzieś w kieszonce, tuż pod tą piersiówką, co to jej nigdy nie dostałem w prezencie. Ni to polar, ni android, więc zdjęcie nie od razu się przede mną odsłoniło. Zanim to nastąpiło sam musiałem zdjąć z siebie kilka warstw. Teraz już wszystko wiem, mam. Mapa, ślady, wskazówki, połącz kropki. Narysowałem kredą na asfalcie kraty, jedyne kraty we wszechświecie, które symbolizują wolność.

czerw

44, a ja wciąż nie mam. A może mam? Mam błazna za skórą, to z pewnością. I chwilowy balkon. I chwilowe dźwięki. To może jednak mam? Przecież ucieka się tylko na jakiś czas.