kręgi

Idealnie nierówne, bezpiecznie przytępione. Nie zacieśniające się, pozwalające złapać oddech. Po środku strach na wróble – ja. Ja? Na wróble jedynie? Właściwie dlaczego tak się mówi, jest przecież tyle innych gatunków ptaków, podejrzewam że jeszcze bardziej szkodliwych i dokuczliwych. Czemu mam więc przeganiać tylko te najmniejsze? Powinienem być nowoczesnym strachem, takim z płonącymi oczami, emitującym ultra i infradźwięki. Powinienem.

2 x cinch – din 5

Nie odwiedziłem jeszcze parku, tego jednego z moich, dawnego. W miarę możliwości staram się to robić o każdej porze roku i z pewnością udało mi się to już tego lata, ale jak zawsze mam wrażenie, że od ostatniej wizyty upłynęło sporo czasu, za dużo wręcz. Zrobię to w sierpniu, pewnie nie raz. To uzależniające. Ale tam najwyraźniej udaje mi się niekiedy dostrzec plecy tego chłopca, dla którego parkowe alejki stanowiły koniec świata. Granice przesunęły się jakiś czas później za sprawą discmana Sony podłączonego do wzmacniacza w jakiś śmiały i nieoczywisty sposób. Pamiętam: mini-jackiem z wyjścia słuchawkowego discmana na wejście decka kasetowego Technics 2 x cinch, z decka na wzmacniacz pokryty bukwami kablem 2 x cinch – din 5. Żeby odtwarzać płytę trzeba było włączyć zapauzowane nagrywanie w magnetofonie, ale można było za to wysterować poziom natężenia dźwięku przed wzmacniaczem. Płyt na początku miałem dosłownie kilka (kasety były sporo tańsze), ale były to portale do innych galaktyk. Świat nie kończył się w parku osiedle obok. Świat zaczynał się gdzieś pomiędzy sercem a uszami. Były jakieś płyty kupione wcześniej, których pozbyłem się, bo nie miałem ich jeszcze na czym słuchać. Ale ta pierwsza kupiona całkowicie świadomie i słuchana w nabożnym skupieniu została ze mną do dzisiaj.

wróg u bram

Po oknie sypialni chodził szerszeń. Od zewnątrz na szczęście. Mimo założonej moskitiery zamknąłem uchylone skrzydło, bo szerszenie w moim pojęciu to stworzenia, które takie moskitiery zjadają jako przystawkę przed zjedzeniem człowieka. Gdyby wleciał do środka, musiałbym się wyprowadzić – jestem tego rodzaju mężczyzną. Inną moją typowo męską cechą jest kompletna ignorancja motoryzacyjna: nie odróżniam, nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, wiem tylko gdzie się wsiada i potrafię w miarę jeździć do przodu. Ma to swoje dobre strony: nigdy nie dostałem mandatu. To znaczy kilka lat temu przyszedł nam jeden pocztą z Austrii, ale trudno stwierdzić które z nas w tamtym momencie prowadziło. Dzisiaj już już wydawało mi się, że nadszedł ten dzień, w którym przyjdzie mi płacić za przekroczenie prędkości. Przyznaję się – jeżdżę za szybko, zupełnie nieadekwatnie do umiejętności. Nie umiem nad tym zapanować. Tak bardzo stresuje mnie jazda samochodem, że przyspieszam, aby jak najszybciej dojechać do celu i mieć ją już z głowy. Grzecznie zwolniłem „tam gdzie zawsze stoją”, reszta samochodów również, po czym jak się okazało, że owszem stoją, ale po drugiej stronie, zacząłem przyspieszać. Inni na szczęście też. Bo po naszej stronie też stali. Pan policjant wyszedł na środek ulicy i byłem przekonany, że wskazuje na mnie zapraszając na pobocze. Co zrobiłem, gdy okazało się, że chodziło mu o kogoś innego? Oczywiście od razu przyspieszyłem do niedozwolonej prędkości. W domu na ukojenie nerwów wciągnąłem dwie solidne szczypty tabaki. Mimo, że od paru dni mam lekko przytkany nos, znowu coś mi się dzieje z zatokami. Jestem tego rodzaju mężczyzną.

łej

Pada, ale wychodzimy z domu. Odrywam syna od telefonu i komputera, zarazem odrywam też siebie. Idziemy, dwa parasole w parku. Mokry park to pusty park, a pusty park to dobry park. Każdy liść zeszklony, wszystko się błyszczy. Po chwili mamy przemoczone buty, jestem pewien że mam zafarbowane na bordowo skarpetki. Półmetek wakacji na zawsze kojarzyć mi się będzie z wędrówką w deszczu po nową płytę lub po nowy numer jakiegoś pisma, nie inaczej jest tym razem. Odsłuchuję, uczę się tego na nowo. Jeszcze wielu innych rzeczy będę się musiał nauczyć, albo raczej oduczyć innych, zanim moja dusza nie zazna spokoju. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Mokra droga to pusta droga, a pusta droga…

on li to jest online?

Coelhizm na dziś: nasze drobne zwycięstwa okupione są czyimiś sporymi porażkami. Niekiedy zaś ratuje nas jedynie kapitulacja kogoś innego.

Bez obaw, z twórczością brazylijskiego pisarza mi nie po drodze, wszystkie brednie na jakie można się tu natknąć są wyłącznie mojego autorstwa. A literackie guilty pleasure mam zupełnie innego rodzaju. Enyłej…

(ż)aluzje

Okazuje się, że między żaluzjami może zarówno upływać życie, jak i mogą suszyć się ćmy. Oto najprawdziwsze zęby codzienności. Cóż innego byłoby w stanie poćwiartować światło? Równać się z nimi mogą jedynie skręcone telefoniczne kable. Nic tak pięknie nie wygładzało rozmów, nic innego nie nadawało słowom opływowych kształtów. Żaluzji co prawda nie posiadam, ale chyba kupię sobie dla ozdoby stary stacjonarny telefon.

hiatus

Nie jestem pewien, czy potrafię jeszcze pisać, ale próbuję. To znaczy pisać może i umiem, tylko nie bardzo wiem, czy mam o czym. Powinienem coś wspomnieć o wakacjach, prawda? Większość ludzi prowadzących blogi pisze o takich rzeczach. Tyle tylko, że moje przemyślenia chyba nie są zbyt popularne. I nie lubię się chwalić. Czy wobec tego powinienem w ogóle prowadzić to miejsce? Powinienem zasypywać mniej lub bardziej przypadkowego czytelnika wydmami mojej niechęci? Z drugiej strony przecież to JA, prawda? Tylko czy jest sens…

Miliard lat temu założyłem pierwszy w życiu internetowy dziennik po części w celach terapeutycznych, po trochu z ciekawości. Moje pisanie zmieniało się przez lata, aż w końcu przybrało tą bliżej nieokreśloną formę z którą jest mi dobrze. Przyzwyczaiłem się, więc kontynuuję.

No to jeżeli chodzi o wakacje, to ujmę to tak: teoretycznie wypocząłem, praktycznie się opaliłem, za to równowagi jako takiej nie uchwyciłem. Coraz częściej przyłapuję się na tym, że moje życie, choć nie uważam je za złe, nie przebiega do końca tak, jak ja bym je widział. Nie jest więc takie do końca moje. Mam wrażenie, że cały czas dostosowuję się do wszystkiego wokół: świata, okoliczności, norm, czyichś wizji… Wydaje mi się, że coraz mniej w tym wszystkim jest mnie. Żeby nie zwariować dryfuję, jakoś przez to brnę, próbuję czerpać przyjemność i siłę z radości innych. Z różnym skutkiem. Niekiedy jest super, innym razem wydaje mi się, że wszystko dzieje się jakby obok mnie, a nawet na przekór. Wakacje chyba tylko jeszcze wyraźniej podkreślają ten rozdźwięk.

Okey, wiem, marudzę. To przez te szafy, które miały powstać półtora miesiąca temu. Ale dzisiaj zdaje się sprawa będzie miała swój finał, więc od teraz wszystko będzie piękne, lepsze i ładniejsze. Zapanuje pokój na świecie. W mieszkaniu zadomowią się jednorożce, a ja będę miał mnóstwo włosów, płaski brzuch i obfity zarost. Syn nie będzie uzależniony od telefonu, a żona będzie się przez cały czas uśmiechać. Nauczę się jeździć samochodem po zatłoczonym mieście. W ogóle będzie w pytę.

chodzony

Ostatnio dużo chodzę, znowu to lubię. Ponownie tego potrzebuję. Ponawiam rozchodzenie. Przez jakiś czas będę chodzić mniej, ale wrócę do tego. Nie na nogach, powroty piechotą nie chodzą. Ale nie o to idzie. Chodzi o to, że chodząc wstrzymuję się.

stritart

Idzie se człowiek do pracy i potyka się o sztukę. W dodatku taką, która jakby mu z życia została wyjęta. Bo ten człowiek ma już od lat swój wewnętrzny budzik ustawiony na 6:30, głównie z powodu dziecka. A śmietnik ma w głowie.