ciach! bach!

Zimny półmetek, ochłodzenie stosunków mami obietnicą jesieni. Odczuwam ból fantomowy w miejscu cięć uzbieranych przez lata. Pod wpływem impulsu – ciach! i jakoś to będzie, reszta sama się ułoży, można bez tego żyć. I, co w tym wszystkim najlepsze, jest to prawda. Tylko jestem tym już tak bardzo zmęczony, tym dochodzeniem do siebie… Pozwolisz, że się przysiądę, że chwilę tu pobędę? Od upadku z rowera chodzenie sprawia mi trudność, cały czas mam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Schodzę po schodach i bach! widzę się jak lecę, ale krótki to lot, na łeb, na szyję, zatrzymuję się na dole, zawsze na dole, jak ciężko zmusić płuca do zaczerpnięcia tchu, jak trudno jest wstać. I znowu pierwsze chwiejne kroki, aż do następnego lotu.