Praca. Tyle lat przesiedzianych w ciemności… Sporo czasu z tego było dosłownie przesiedziane. W oczekiwaniu na coś. Taki job – niekiedy pot leje się po dupie, ale przeważnie trwa się w pogotowiu i czeka. Czeka niewiadomo na co. Na przerwę, na ten moment w którym coś akurat trzeba zrobi, na koniec pracy. Co robi człowiek gdy siedzi i teoretycznie nie ma nic do roboty? Grzebie w telefonie. Wolałbym z książką, ale w ciemności kiepsko się czyta. A z kindlem się jednak nie zaprzyjaźniłem. Poza tym człowiek z nosem w książce w miejscu pracy jest winny, to nie dopuszczalne, bumelka, za to grzebanie w telefonie proszę bardzo, nikomu zupełnie nie przeszkadza. Tyle razy dotarłem do krańca internetu, że któregoś dnia (a może wieczora, w ciemności trudno stwierdzić) powiedziałem wreszcie „koniec”. Zamieniłem się w zombie, ale jest to na szczęście odwracalny proces. Przeprosiłem się z ebookami, czytam jest z – haha – telefonu. Bo przecież z telefonu wolno. Dzięki temu tempo czytania, które w ostatnich latach spadło do jednej książki na miesiąc-dwa, wzrosło do mniej więcej tytułu na tydzień. I teraz jest tak, jak być powinno.
Miesiąc: Grudzień 2023
pośnieg
Po śniegu, którego tyle napadało, za chwilę nie będzie ani śladu. Do niedawna biała parkowa aleja ukazała swoje nowe, a właściwie poprzednie oblicze. Biała kołdra skrywała bowiem nie pozbierane jesienią liście. Teraz spaceruje się parkiem jakby o dwóch porach roku równocześnie. Cudowne zakrzywienie czasowe.
Przełom
„Nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile wysiłku muszę włożyć w to, żeby jakoś funkcjonować pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi” – kiedyś o mały włos nie wypowiedziałem tych słów do koleżanki z pracy. Na szczęście w porę ugryzłem się w język. I bardzo dobrze, bo musiałbym rozwinąć temat, a że do koleżanki w międzyczasie straciłem zaufanie, to niech wie tyle ile wie. Czyli niewiele, jak wszyscy.
Wysiłek, wysiłek… Do czego zmierzam? Ano do tego, że przełamałem pieczęć, dostąpiłem wtajemniczenia, osiągnąłem nirwanę. Tajemnica szczęśliwego życia leży w zasięgu rąk każdego z nas, w dodatku jest tak oczywista, że najczęściej jej nie dostrzegamy. Szczęściu trzeba pomóc, innymi słowy trzeba się trochę wysilić. Są tacy, którym wszystko przychodzi gładko, bezproblemowo. Ja do nich jednak nie należę. Aby nie zwariować i żyć lepiej, muszę się po prostu trochę bardziej starać. Każda dziedzina życia aby sprawiała radość musi być (w moim przynajmniej przypadku) okupiona większym wysiłkiem i poświęceniem. Nieważne, czy gotuję obiad, bloguję, sprzątam łazienkę, komponuję utwór, czytam książkę, czy idę na 12 godzin do pracy. Wszystko to wymaga wysiłku. Nie upieram się, że jest to uniwersalna prawda, która zadziała u innych. U mnie działa. Nawet, jeżeli jest tylko zaklinaniem codzienności na – nomen omen – siłę. O, proszę bardzo, fizyka. Na coś musimy zadziałać, aby osiągnąć jakiś efekt. No chyba że ktoś dysponuje mocą Jedi i może sobie spokojnie siedzieć z założonymi rękami, aż wszystko wokół niego ułoży się samo w harmonijną całość. Jak już wspomniałem mam wrażenie, że są i tacy.
Okey, nadźgałem tu przemyśleń niedzielnego filozofa, a wszystko sprowadza się do jednego: to, co robię staram się wykonywać lepiej, a to, czego nie – nie czynię jeszcze bardziej. Że tak pozwolę sobie zakończyć w swoim starym stylu.
zwalnia
Zwalniam, hamuję, wytracam prędkość. Zwalniam się. Najchętniej od myślenia, ale to przecież niemożliwe. A może i wykonalne, tylko niekoniecznie bezpieczne. Przez lata tylko gdzieś mknę i mknę, bez końca, a celu nie widać. Odwracam głowę – nie można nawet dostrzec miejsca z którego wystartowałem. Jestem tym bardzo zmęczony. Tym i owym. Że ten świat jest coraz mniej mój. Że inne światy też nie dają schronienia. Nawet to moje enigmatyczne pisanie zaczyna mnie męczyć. Wracam czasem do swoich wpisów i czytając je czuję się tak, jak bym czegoś nie rozumiał dwa razy. Jestem tym wszystkim przebodźcowany. Spróbuję więc jakoś zaprzyjaźnić się z codziennością. A przynajmniej trochę ją okiełznać.