Przełom

„Nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile wysiłku muszę włożyć w to, żeby jakoś funkcjonować pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi” – kiedyś o mały włos nie wypowiedziałem tych słów do koleżanki z pracy. Na szczęście w porę ugryzłem się w język. I bardzo dobrze, bo musiałbym rozwinąć temat, a że do koleżanki w międzyczasie straciłem zaufanie, to niech wie tyle ile wie. Czyli niewiele, jak wszyscy.

Wysiłek, wysiłek… Do czego zmierzam? Ano do tego, że przełamałem pieczęć, dostąpiłem wtajemniczenia, osiągnąłem nirwanę. Tajemnica szczęśliwego życia leży w zasięgu rąk każdego z nas, w dodatku jest tak oczywista, że najczęściej jej nie dostrzegamy. Szczęściu trzeba pomóc, innymi słowy trzeba się trochę wysilić. Są tacy, którym wszystko przychodzi gładko, bezproblemowo. Ja do nich jednak nie należę. Aby nie zwariować i żyć lepiej, muszę się po prostu trochę bardziej starać. Każda dziedzina życia aby sprawiała radość musi być (w moim przynajmniej przypadku) okupiona większym wysiłkiem i poświęceniem. Nieważne, czy gotuję obiad, bloguję, sprzątam łazienkę, komponuję utwór, czytam książkę, czy idę na 12 godzin do pracy. Wszystko to wymaga wysiłku. Nie upieram się, że jest to uniwersalna prawda, która zadziała u innych. U mnie działa. Nawet, jeżeli jest tylko zaklinaniem codzienności na – nomen omen – siłę. O, proszę bardzo, fizyka. Na coś musimy zadziałać, aby osiągnąć jakiś efekt. No chyba że ktoś dysponuje mocą Jedi i może sobie spokojnie siedzieć z założonymi rękami, aż wszystko wokół niego ułoży się samo w harmonijną całość. Jak już wspomniałem mam wrażenie, że są i tacy.

Okey, nadźgałem tu przemyśleń niedzielnego filozofa, a wszystko sprowadza się do jednego: to, co robię staram się wykonywać lepiej, a to, czego nie – nie czynię jeszcze bardziej. Że tak pozwolę sobie zakończyć w swoim starym stylu.

Jedna myśl na temat “Przełom

Dodaj komentarz