muzeum zapachów

Mijam na ulicy jakąś kobietę, wkraczam w zapachową chmurę którą po sobie pozostawiła. Z miejsca przenosi mnie do tego dziwnego wyjazdu. Interesujące, bo nie zapamiętałem stamtąd żadnych aromatów, a już z pewnością nie kobiecych. Ale jednak na krótką chwilę na rzeczywistość zostaje nałożona klisza z niewywołanymi zdjęciami sprzed ponad dwudziestu lat. Potem wszystko wraca do normy, jak zwykle zresztą. Jakiś czas później znowu natykam się na woń która z czymś bardzo mi się kojarzy. Notuję w głowie z myślą, że kiedyś to tutaj opiszę. To kiedyś jest właśnie teraz i niestety nie pamiętam już tego drugiego zajścia. Coraz więcej umyka mi z codzienności. Chyba dobrym pomysłem było założenie tego muzeum już dawno temu, niestety jak większość dobrych pomysłów niezrealizowanym.

la-di-da

Miałeś rację, o Krowi Boże, że najlepszy seks to ten, którego najmniej się w danym momencie spodziewasz. Już dwadzieścia lat temu byłeś mądrzejszy ode mnie i z pewnością nadal jesteś. No chyba że zgłupiałeś od mądrości swojej, jak prawi przysłowie, ale śmiem wątpić, mój człowiekometr tego nigdy nie wykazał. Ośmielam się zatem podejrzewać, że teraźniejszy ja nadal jest głupszy od niegdysiejszego ciebie. Enyłej, nie polecam palenia marihuany kiedy masz wciąż 44 lata i tylko kilka godzin dla siebie, zawierających jednak w sobie parę rzeczy to do, typu wysprzątanie łazienki, ugotowanie zupy (o kurde kurde i jeszcze kompotu, właśnie sobie przypomniałem), prasowanie… Sprawy nagle nabierają zawrotnego tempa. Ale nie martwmy się o naszego zawodnika, doping z ewentualnych wyrzutów sumienia i pretensji dodaje mu skrzydeł. A właściwie żółtej koszulki. I czerwonych okularów. La-di-da!

Automatycznie zapisany szkic

Pusty szkic. Coś miał przedstawiać, ale nie pamiętam co. Nie umiem wrócić myślami do stanu sprzed paru dni, mój nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie, dostrajam się napotykanych przeszkód. Chyba muszę zwymiotować. Iść ulicą i strzelać kolorowe pawie z myśli oblepiających głowę i żołądek. Porzucona byle jak hulajnoga – paw! Piękni fit ludzie w lycrach, przez których zamiast w mgiełkę perfum wkraczam w mikroklimat szatni po W-Fie – paw! Niepotrzebna nagość, dzioby i tatuaże – paw! Malutkie pieski trzymane na rękach żeby się nie zmęczyły – paw! Duże psy biegające bez kagańców, bo przecież one nic nie zrobią – paw! Ostentacyjne picie piwa w parku, bo zrobiło się powiedzmy że ciepło – paw! Moje własne narzekanie na wszystko, bo każdemu innemu wolno, tylko nie mnie – paw! Pusta skrzynka, piwo 0%, wioślarz pokryty kurzem i zniewolone pomysły dźwiękowe – paw! A skoro jesteśmy przy dźwiękach, to smutna rocznica nie wywiązania się przez takich jednych z pewnych ustaleń – paw! paw! paw! Gdy już to wszystko uwiecznię moim własnym technikolorowym polaroidem, a Bóg mi świadkiem, że zrobię to, wtedy będę wolny. Pogodny i uśmiechnięty, choćby i krzywo. Będę pisał inaczej. Okey, idę się wyrzygać.

czterolistna koniczyna

Siedzimy z żoną na ławce, pomiędzy nami wisi burzowa chmura myśli o naszym synu. Uroki życia z nastolatkiem i bezsilność wobec paru spraw. Nagle podchodzi do nas dziewczyna. Moja pierwsza myśl, której wstydzę się już po dwóch sekundach – albo Świadek Jehowy, albo jakaś inna pierdolnięta. Dziewczyna prawie nie zatrzymując się wręcza nam po czterolistnej koniczynie z bukietu, w którym tych czterolistnych koniczyn jest dużo więcej. Dziękujemy, śmiejemy się, wymieniamy parę zdań których już kompletnie nie pamiętam. Całe zajście poprawia mi znacznie nastrój, żonie trochę mniej.