niepotrzebnie nakładam drogi żeby ujrzeć to miejsce i upewnić się nie wiadomo w czym w skoro chwilę później pękam kruszę się resztki nazwijmy to silnej woli kamienieją na podobieństwo zwierzęcia złapanego w światła zbliżającego się samochodu

nad ranem w pokoju pełnym kwaśnych oddechów wszystko zaczyna się od nowa

przemożesz

Możesz mnie porwać dla okupu. Uprowadzić do ciemnego miejsca. Potargać wszerz i wzdłuż, jak zapisaną kartkę papieru, a kawałki zanurzyć w czystej wodzie i rozwiesić w tym ciemnym miejscu jak fotografie do wywołania. Gdy przyglądniesz się każdemu z osobna zauważysz, że jeden jest w szeroką linię, drugi w kratkę, jeszcze inny całkiem gładki. Jednak gdy nałożysz je wszystkie na siebie, Twoim oczom ukaże się pięciolinia. Możesz zamienić ją w papier listowy. Możesz za jej pomocą przerwać zaćmienie horyzontu.

pęka w szwach

Niekiedy już tylko to bawi, jak te wszystkie zapory które wznoszę wokół siebie sypią się od najdelikatniejszego podmuchu. Potem jedynie pozostaje przyglądać się, jak każdy element układanki odłącza się od sąsiedniego, jak wszystkie nagle stają się płytkami domino ustawionymi w wymyślny wzór mający przynosić ukojenie, i jak pierwsza z brzegu płytka zaczyna się chwiać. Czy gdy już wszystkie będą leżeć na sobie wyraźniej ujrzę zaćmienie horyzontu? Bo przecież ono przez cały czas gdzieś tam jest, pytanie brzmi, czy się przybliży? Cokolwiek się nie stanie spróbuję odnaleźć w powstałym stosie ten chwiejny klocek, który wszystko zapoczątkował. Podniosę go i wsadzę sobie do ust, przez jakiś czas tak będę go przechowywał. Potem rozpocznę układanie na nowo.

ni

może już nigdy nie strąci mnie tam użycie tych samych kubków do śniadania dzień po dniu być może już nigdy nie zahipnotyzują mnie otwarte drzwi lodówki możliwe że nocą już nigdy ciężarówka nie zaparkuje na mojej piersi choć szczerze mówiąc wątpię bo tak długo jak rankiem będę wyczekiwał odgłosu zamykanych drzwi tak długo jak będę modlił się o nieszczęście tak długo będę ją widział kolczastą chmurę wypełnioną tłuczonym szkłem na granicy dostrzegalności

oł kaman

Dajcie już spokój z tą symboliką, potykam się o nią na każdym kroku. Wyskakuje z lodówki, spogląda na mnie ze stron powieści, szydzi z kinowego ekranu, wkradła się nawet do mojego telefonu. A przecież od łączenia symbolicznych kropek jestem tutaj ja. Nadal zapalam bądź gaszę lampy uliczne, w dalszym ciągu jestem strachem na wróble, znowu nad ranem słyszę wietrzny gwizd dalekiej fujarki – nic tu się nie zmieniło. Więc powtarzam: już wystarczy, zrozumiałem dawno temu.

puzzle

Rozsypały się kiedyś wokół pewnej ławki. Teraz widuję jakieś pojedyncze elementy unoszone wiatrem wokół tramwajowych torów. Nie odróżniam już czy to faktycznie tory, czy progi pokrzyżowane strunami. Nie za wysokie te progi? Nie za niska akcja? Jak mogę wpłynąć na krzywiznę? Czy już nacierać olejkami, czy może jednak później?

stopy

Muszę to rozchodzić. W tysiącach kroków zdeptać szarzyznę asfaltowej rzeczywistości, bym nie rozszedł się w szwach. Podbiec gdy trzeba, coraz mniej uciekać. Po śladach twoich trafić do celu, gdziekolwiek by nie był, czymkolwiek by nie miał się stać. Stanąć na chwilę i obwieścić tłumowi wyświechtaną formułkę: proszę się rozejść, nie ma tu niczego.