golem

w impulsie światła pomiędzy krokiem a początkiem rytmicznej sekwencji wspomnienie natrafia na ostrze niszczarki przekształcając się w rozciągnięty spiralny wiór pamięciowego śladu odrywa się od chwiejnego rdzenia desperacko utrzymującego się w ryzach czystego papieru i ląduje pomiędzy innymi skrawkami gdzie nierównomiernie mieszają się ze sobą uczucia i możliwości

naderwanie

Wydłużam czynności w nieskończoność po to, by skrócić czas. Mam wrażenie, że już o tym tu pisałem. W każdym razie gdzieś napewno, choć prędzej komuś. Skracam wydłużając, bo już nie mogę inaczej. Nie umiem już żyć bez tego przyspieszenia na podglądzie. Jestem w stanie wytrzymać wszystko, nawet te wcale nie tak znowu nagłe przenikania się światów, ale standardowo zgodny z naturą upływ czasu jest ponad moje siły. Rozciągam więc ten dzień po to, żeby każdy kolejny nastał szybciej niż można by tego oczekiwać. Dawno nie pisałem nocą, zapomniałem że tak się da. Zapomniałem jakie to może być przyjemne. Zapomniałem o wielu rzeczach, ale nie o tym, aby wznieść toast. Co prawda umyłem już zęby, ale to nie szkodzi, dzięki temu to nibywino bardziej przypomina prawdziwe czerwone wytrawne. Mam na myśli smak, na niczym innym mi nie zależy. Prawie piętnaście miesięcy. Za to wypiję. I za ten sens życia poczęty u progu kalendarzowego lata. Dziewięć miesięcy nadżycia.

znów

Czasami to się dzieje. Ponownie, na nowo, od początku, znowu. Straszy rozdziawiona paszcza zmywarki do naczyń. Schylam się żeby ją zapełnić po raz tysięczny i nic nie mogę poradzić na łzawienie oczu. Coś mi do nich wpadło, to dlatego. Chcę już pozostać taki wiecznie pochylony, bo wiem, że gdy się tylko wyprostuję, to od razu odezwie się do mnie znajomy ból. W dole pleców rzecz jasna, jestem pochylony nad tym problemem, więc nikt nie zauważy nic więcej. Wzruszam się na bzdurnych filmach, ekran rozpyla po pokoju drobinki soli. Serce w ciągu dnia bije częściej niż powinno, owocując przedwczesnym snem. Ściga się z przytomnością i wygrywa. Noc już tylko odcina kupony.

lepsze miejsce

Diane, nigdy nie wierzyłem w te bajki o lepszym miejscu, tymczasem trafiłem w nie zupełnym przypadkiem. Nocami świecą tam dwa księżyce, oglądanie ich z bliska… tego nie da się z niczym porównać. Jak gdyby człowiek nawdychał się robaczków świętojańskich. Wszędzie unosi się zapach mchu i rosy, a jego działanie cofa wskazówki zegara. I tylko drzwi które tam prowadzą otwierają się z trudem i ciężko je za sobą domknąć gdy już się tam jest.

książka

Właściwie, jak to zwykle bywa, jest zupełnie na odwrót. Czytam teraz na wyrywki, by kiedyś być może zgłębić od deski do deski. I paradoksalnie uczę się na pamięć, choć nie znam jeszcze żadnego z zakończeń. Mam tę książkę przez cały czas przy sobie, noszę ją w kieszeni na piersi, tuż obok nożyczek. Nie każdy potrafi je obsługiwać i, jak w przypadku wszystkich nożyczek, lepiej z nimi nie biegać. Służą do wycinania dziur w rzeczywistości. Mogę spokojnie czytać tylko wtedy, gdy uda mi się wyciąć taką dziurę w której się mieszczę z całym bagażem.

załamanie

Spokojnie, to tylko załamanie pogody. To niewielkie pęknięcie w chronologii pór roku. Krach na giełdzie papierów oderwanych z kalendarzy. Śnieg zniknął gdzieś bez pożegnania, zostawił jednak po sobie kasztany, których nie zdążyłem wtedy pozbierać. Poczekam na świeże, nie chcę takich zleżałych. Już niedługo.