Dziś prysznic nie leczy. Dusi, kaleczy. Zwodzi gorącem i poczuciem bezpieczeństwa, którego nie można ze sobą zabrać. Dopisać do listy wynalazków na już-teraz-natychmiast, obok czarodziejskiej różdżki: przenośna kabina prysznicowa.
Miesiąc: Maj 2025
pewnego razu
Za każdym razem… Moment, zaraz, chwileczkę. Czym właściwie jest każdy raz, skoro każdy raz jest inny, powtarzalny jedynie w metronomie? Dziś przegrałem z całym światem, jutro wygram ze sobą. Teraz oszukam się czym popadnie, jutro wyjawię całą prawdę. Czy coś się tak naprawdę zmieni? To znaczy zmieni się z pewnością, to już sobie wyjaśniliśmy niepowtarzalnością razów, ale czy zmiana ma… Nie, no tak. Ma z pewnością sens, bo on gdzieś przecież musi leżeć. Spoczywa gdzieś poza zasięgiem wzroku, pozostawiony w pośpiechu obok tych wszystkich drobnych przedmiotów, które spadają nam na ziemię i nawet słyszymy gdzie uderzyły i dokąd się przesunęły, ale gdy patrzymy, to ich tam przecież nie ma, zniknęły w jednej z randomowo pojawiających się czarnych dziur w rzeczywistości. Tak więc za każdym razem…
nieherbowy
ta kawa wymierzona jest prosto w serce
migawka
Czekam na ciszę. Trochę jak nauczyciel w klasie. Powietrze gęste od papierowych kulek, na każdej z nich nabazgrany zapis myśli. Niektóre spadają na ziemię. Podnoszę, rozprostowuję, ale kleksów atramentu nie da się odczytać. Wiem co wtedy myślałem, ale jest to nie odtworzenia. Albo może nie wiem, co miałem na myśli? To nie do pomyślenia. Czekam na ten moment, kiedy zasiądę w fotelu którego nie mam, boso, a po podłodze walać się będą okładki różnych płyt. Gdy przyjdzie odpowiedni czas nie omieszkam dać znać.
niebieskie światła
Piękne niebieskie refleksy nocą, gdy wychodzę. Takie same, choć odbijające się po innych ścianach, gdy wracam. Czekam, aż niebieskie światła wyjdą do mnie z telefonu.
czarna folia
Umysł obciągnięty czarnym stretchem. Im bardziej się wyrywam, tym ciaśniej się zaciska. Muszą wyrosnąć kolce, żeby wpuścić światło i tlen.
373
– Co masz taki smutny głos?
Bardzo kiepski początek rozmowy. Naprawdę trudno o gorszy. Choć różni ludzie różnie próbowali. „Coś kiepsko wyglądasz”. „Czy wszystko w porządku?”. I dotychczasowy mój faworyt: „Źle wyglądasz, nie wyspałeś się?”. Właściwie po takim wstępie równie dobrze moglibyśmy nie rozmawiać, bo tego typu pytania wytrącają mnie z równowagi do tego stopnia, że i tak nie wiem o czym mówię póki nie ochłonę. Nic to. Idę. Wychodzę z pracy, ale muszę przysiąść na ławce, na której zapadam w sen zimowy. Przez kilkanaście minut jestem gdzie indziej, a właściwie nie ma mnie. Śpię w ciepłej chmurze i śnię o lepszym jutrze, lepszym świecie, lepszym mnie lepiącym się w połowie, jak lep na muchy, lepiej nie mówić. Wybudzam się, na szczęście nie tak znowu gwałtownie, za to z pewnością zbyt wcześnie. Idę. Dochodzę do siebie. Rozglądam się po chodniku w poszukiwaniu czegokolwiek, jakiegoś znaleziska, pamiątki, która poprawiłaby mi nastrój. Jesienią z pewnością znalazłbym jakiegoś ładnego kasztana. Tym razem nie znajduję niczego namacalnego.
pszczoła
Do tramwaju wpadła pszczoła. To zdanie brzmi jak początek jakiegoś opowiadania dla dzieci, albo wyliczanki. I można by pomyśleć, że wleciała drzwiami na którymś przystanku, albo jednym z okien, które pasażerowie wciąż otwierają, mimo napisów informujących o tym, żeby tego nie robić, bo przecież w środku działa klimatyzacja. Nic bardziej mylnego, ten owad wyleciał z mojej głowy. Najprawdopodobniej wydostał się tym uchem, które wiecznie mnie swędzi, albo odetkanym brakiem tabaki nosem. Ponieważ to była moja pszczoła, to jakoś się jej nie bałem, zresztą od razu poleciała gdzieś dalej. Obserwowanie reakcji innych ludzi na bzyczącego pasażera na gapę było dość ciekawym doświadczeniem. Każdy mniej lub bardziej, ale jednak się bał. Niektórzy tylko nerwowo śledzili pszczołę wzrokiem, inni natychmiast sięgali rękami do włosów, jakby upewniając się, czy gdzieś tam nie czai się jeszcze więcej skrzydlatych żądeł. Jedna dziewczyna zmieniła miejsce, nerwowo się przy tym uśmiechając, jakby chciała tym dać znać, że tak, zdaję sobie sprawę z tego, że może to śmieszne, to tylko mała pszczoła, w dodatku pożyteczna i w ogóle, no ale jednak. Zastanawiam się jak sam wyglądam w podobnej sytuacji. Zdarzało się, że z powodu fruwającego w tramwaju zagrożenia wysiadałem po prostu na najbliższym przystanku. Kiedyś nawet z powodu chrabąszcza, co mi przypomniało, że już niedługo zacznie się znowu ten koszmar. W każdym razie wczorajsza pszczoła była moja. Nie zmusiła mnie do przesiadki. Z nia mógłbym dojechać na pętlę.
wieczne poszukiwanie racz im dać
Czy dołączysz do mnie w tym wiecznym poszukiwaniu, w tym samotnym spacerze? Choć mogłoby się wydawać, że gdy już dołączysz, nie będzie on taki samotny. Czy będziemy przez to mniej opuszczeni? Ale przecież nie jesteśmy jakimiś budynkami które można ot tak sobie opuścić. Ja w każdym razie idę. Cały ulepiony z lini papilarnych, spomiędzy których prześwitują malinowe promienie. Stworzony by lepiej chwytać, otaczam się w tym wszystkim jak w mące.
czarna wiosna
Idzie ta czarna wiosna, idzie, łamie i kruszy na swej drodze wszystko co świeże. Kruche gałązki zgniłą zielenią osłabia, otula, aż w końcu łamie. Wygląda jak Buka z Muminków, a w śladach jej stóp rosną majaczące zimnym światłem grzyby. Krople deszczu spływają po niej skwiercząc tak, jakby była gigantycznym żelazkiem, które nie potrafi wyprasować najmniejszej nawet fałdy, za to zostawia po sobie przypalone wzory. Żelazkiem bez duszy, którego kabel sam zaplata się w szubieniczny węzeł. I nigdzie nie ma ptaków, wymarły pijąc brunatną wodę w którą zamienił się deszcz, gdy już ostygł tworząc pomiędzy kolczastymi krzewami trujące kałuże. Czarna wiosna, czarna woda. Woda jak kawa, której nie wolno mi przez jakiś czas pić, a którą i tak ukradkiem popijam. W ogóle niczego mi już nie wolno, i nigdy wolno nie było. Wolno, nie wolno, szybko. Wstań, rób, mknij, podnieś kij, zniknij.