Spomiędzy żeber wyrastają usta i błagają o więcej powietrza które wydychasz. Jak zawsze znikąd, z pustki, pojawiają się kleszcze szyte na wymiar i idealnie opinając mój korpus kładą kres coraz głośniejszym prośbom. Każdy mijany kawiarniany stolik, każda szczęśliwa, przystająca zrobić sobie selfie para, każdy skrawek opalenizny, wszystko to mówi mi, ba, krzyczy wręcz na mnie grożąc przy tym palcem, że komu jak komu, ale mnie marzyć nie wolno. Tylko wiesz co, świecie? Szczerze powiedziawszy nie dbam o to. Dlaczego podsuwasz mi wizje, sny, dlaczego pozwalasz na ich stopniowe realizacje? Pomyliłeś się, czy jak? Myślisz, że marzenie można przyciąć, skrócić, wziąć tylko tyle, ile akurat w danym momencie potrzeba? A co z marzeniami, które nie przestają się spełniać, które w dodatku za każdym spełnieniem stają się większe i większe? Że niby mam stanąć z magicznym skalpelem w dłoni i przy każdym cięciu mówić „o, to dobre, to biorę, a tego nie, nie potrzebuję, tamtego z kolei nie wypada” ? Diane, życie często rozpadało mi się u progu wakacji. Pamiętam wyraźnie tego młodego człowieka, który nie przeszedł do następnej klasy, wracał do domu po nieudanym egzaminie komisyjnym po to, by jakoś trwać. Też było gorąco, drzewa pachniały, słuchał nawet tej samej płyty. Pamiętam tego późniejszego świeżo upieczonego dorosłego, który wrócił z innego, lepszego miasta i łykał w pracy łzy, bo jakie miał inne wyjście. Rozgrzany asfalt jak teraz, niewielka ilość snu, ból kręgosłupa w tym samym miejscu. Co może dopisać dzisiaj powoli starzejący się mężczyzna? Całą książkę, całą pierdoloną książkę. Tylko najpierw musi ją porządnie zredagować, ta paragrafowa forma jest nie do przyjęcia.