To nie jest tak, że nic nie można zrobić. Nigdy tak nie jest. Mogę pstryknąc palcami, klasnąć w dłonie, z całych sił nadepnąć kałużę. Nie bacząc na to, czy ktoś się przygląda. Mogę iść ulicą z uśmiechem na ustach, nawet jeśli trochę chorym i nieobecnym. Mogę napić się kawy. Mogę łykać łzy w półkroku. Mogę na nic nie liczyć i wszystko kłaść na szali. Mogę zasnąć lub nie. Mogę się nawet nie obudzić, zresztą chyba nigdy tak do końca to nie nastąpiło. Wszystko, byle nie przyglądać się tej zawieszonej w powietrzu zawartości lampy lawa. To tak z braku lepszego określenia, bo ani to świeci, ani cieszy oko, zwłaszcza w czarnym kolorze. I choć wiem, że podąży za mną krok w krok, to ja w dalszym ciągu nie będę patrzył w jej stronę.