W zakładcie SZKICE samotny wpis o tytule „co”. Tyle, sam tytuł, treści więc mniej niż zazwyczaj. Co to miało być, co chciałem napisać, co miałem na celu, co się dzieje, co się stało. Co się stało? Pewnego dnia pękło niebo, a ze szczeliny wypełzły macki świetlistego tornada, które zrównało mnie z ziemią po to tylko, by co jakiś czas unosić i zrzucać, unosić i zrzucać, unosić… Jak w lunaparku, gdzie któraś karuzela czy inny rollercoaster ma jakieś zwarcie i nie może się zatrzymać. Chyba że to wina biletu, może był jakiś magiczny, a ja się mu nie przyjrzałem dokładnie, byłem bardziej zaabsorbowany tym, żeby nie zgubić paragonu, więc mogłem nie zauważyć księżycowego pyłu który obsypał palce biletera, gdy ten go targał. Nie schodzę, zresztą i tak się nie da, poza tym i tak nie chcę. Nie ma nudności, nie dociera tu ta cyrkowa muzyka, żaden klaun nie złapie mnie za rękę, jedynie to serce które raz jest w gardle, to znowu chowa się gdzieś w piętach, by za chwilę pobyć trochę w zaprzeproszeniem dupie. Gdyby nie wypełniający moją klatkę piersiową miód, podejrzewam że już jakiś czas temu odmówiłoby współpracy. Tymczasem jest tak naoliwione, że nic mu nie grozi. Wytrzyma dłużej… chciałem napisać, że dłużej ode mnie, ale nie. Wytrzyma wraz ze mną. Bo chyba można ze mną wytrzymać.