„To nie jestem ja” próbuję wtrącić w trakcie słowotoku dobiegającego ze słuchawki telefonicznej. „To pomyłka!”. Patrzę na nie swoją rękę przerywającą połączenie. Za nie moim oknem faluje morze. A może nie, może to jakieś pola, możliwe że wrzosowiska.
Miesiąc: Wrzesień 2025
3x
Trzy razy. Trzy razy koleżanka z pracy musiała powtórzyć pytanie, aż w końcu zamachała mi przed oczami żebym zareagował. Odjechałem całkowicie na chwilę. Byłem nie tak w sumie daleko, ale z pewnością nie teraz. Czas jest płynem, obawiam się. Piękne kolory, jakie piękne kolory…
tiul
Ależ łatwo potargać ten tiul. A gdy się już to zrobi, okazuje się, że to co skrywał jest jeszcze straszniejsze niż się wydawało. Można oświetlać go na wiele sposobów, ale obraz zawsze będzie przekłamany – po prostu to co jest zanim pochłania światło. Ból jak przy skaleczeniu się zapisaną kartką papieru. Nie dość, że rana na zgięciu palca często będzie dawać o sobie znać, nie dość, że przepołowione słowa tracą sens, to jeszcze pył zaschniętego atramentu brudzi wszystko wokół.
jednym zdaniem
Jeżeli dopadnie cię łut szczęścia i spotkasz kiedyś na swej drodze kogoś z krainy w której piszą po zaparowanych szybach, twój los się odmieni, ba, całe twoje dotychczasowe życie zatrzęsie się w posadach, a tobie, jeżeli tylko starczy odwagi, nigdy nie zabraknie eliksirów.
fale średnie
Niezauważalnie wypiłem tą pierwszą kawę, tę tamtę. Nikt nie widział jak ją przyrządziłem (no dobra, nie ja, ekspres), a mojej uwadze uszło, że w ogóle ją wchłonąłem. Nieistotne. Chyba muszę czasami napisać o czymś błahym. Bo napisać znaczy wcześniej pomyśleć. Podobno od przybytku głowa nie boli, ale z pewnością zdarza się to od myślenia. Czasem dobrze jest po prostu myśleć mniej. Skupić się tylko na podstawowych czynnościach takich jak wdech-wydech, krok za krokiem. Albo na powtarzalności. Przecież tak naprawdę jestem do bólu przewidywalny. Już dość, naprawdę, nie mam nic do dodania. Mógłbym przestać tu pisać w każdej chwili, bo opisałem już wszystko, niektóre tematy po kilka razy nawet. Tyle tylko, że nie przestanę. To tak, jak z chodzeniem – za każdym razem właściwie ta sama trasa, ale się nie zatrzymam. Może też jak z dźwiękami, przecież znam tylko parę podstawowych sztuczek, trików i oszustw, ale nie przerwę tego. Będę to wszystko robił póki nie umilknie we mnie ten głos, który obiecuje mi, że w jakimś zaułku geograficznomyślowym może być coś jeszcze, coś z czym do tej pory się nie zetknąłem. Tak się to toczy, zupełnie tak jak te litery. Kręcą się i kręca, raz odczytuję taką, powiedzmy „m”, innym razem wypada na „w”, aż nie wiadomo już która jest która. A może przez cały czas rzecz dotyczy jednej? Może to nie ona się kręci, tylko wszystko wokół niej?
słoje
Pulsujące pęknięcia. Pod spodem podświetlona malinowa konfitura. Wszystko powiązane drutem, tym znad rzeki. Dezynfekuję ręce popiołem z ogniska by jak niewierny Tomasz zanurzyć je w szczelinach i wyłowić z nich karmazynową plazmę. Z niedowierzaniem przyglądam się swoim palcom, po czym oblizuję je i z ulgą stwierdzam, że smak faktycznie jest słodki.
żywnie
Silne deja vu, choć prawie wszystko nie tak. Niemniej daleko. Ciemno, chwilami głośno. Brak owadów i otwartej przestrzeni, może nie ten stopień zmęczenia, nadrabiam znużeniem. Jestem trzeźwy, nie palę, nie mam na czym zawiesić wzroku, nie wiem czym się ratować. Myśli nadciągają na sygnale, jak do pożaru. Albo tylko oświetlają wszystko niebieskimi refleksami, przyczajone gdzieś jak karetka pogotowia nocą pod blokiem. Wychodzi na to, że powrót nigdy nie cieszył, przynajmniej nie do końca, a z pewnością nie od początku, więc teraz tym bardziej nie. W drodze powrotnej nie da się zasnąć na siedząco, bo przecież nie siedzę. Nigdy nie siedziałem, zasiedziałem się za to. Ale teraz głównie stoję, oho, jakże ja stoję czasami, jak nigdy w życiu. Albo chodzę, bo o to głównie chodzi. Smutno. Smutny. Smutek przed burzą, a po burzy przedpokój.
lawa
To nie jest tak, że nic nie można zrobić. Nigdy tak nie jest. Mogę pstryknąc palcami, klasnąć w dłonie, z całych sił nadepnąć kałużę. Nie bacząc na to, czy ktoś się przygląda. Mogę iść ulicą z uśmiechem na ustach, nawet jeśli trochę chorym i nieobecnym. Mogę napić się kawy. Mogę łykać łzy w półkroku. Mogę na nic nie liczyć i wszystko kłaść na szali. Mogę zasnąć lub nie. Mogę się nawet nie obudzić, zresztą chyba nigdy tak do końca to nie nastąpiło. Wszystko, byle nie przyglądać się tej zawieszonej w powietrzu zawartości lampy lawa. To tak z braku lepszego określenia, bo ani to świeci, ani cieszy oko, zwłaszcza w czarnym kolorze. I choć wiem, że podąży za mną krok w krok, to ja w dalszym ciągu nie będę patrzył w jej stronę.
04.09.25.
Diane, jest czwarty września, godzina siódma osiemnaście. Chciałem przekazać ci instrukcje, na wypadek… no właśnie, nie bardzo wiem czego. I o co niby mógłbym cię poprosić. O zatankowany po korek samochód? Nie dojadę tam, dokąd się wybieram. Poza tym wcześniej wspomniałem o wypadku. Tak, wiem, innym, ale zadziałało tu jakieś pisanie wsteczne, wolałbym więc już nie prowadzić. Chodziło mi o to, że jak już się WYbiorę, to być może będę chciał wrócić. Ale wtedy ten ktoś to nie będzie ja. Pamiętaj. Możesz spróbować zrobić test z monitoringiem w biurze, jeżeli nabierzesz najmniejszych wątpliwości co do synchronu nagrania z rzeczywistością – strzelaj.