Jestem w tym pubie. Mogę usiąść plecami do drzwi, zresztą obojętne, bo i tak nie spoglądam w ich kierunku. Już nie czekam, jesteśmy w komplecie. Piję prawdziwe piwo, po którym czuję się dobrze. Wodzę palcem po krawędzi kufla. Obok stoi pusty kieliszek po wiśniówce. Nie spoglądam nerwowo na zegarek, jestem rozluźniony, nad stołem unoszą się życzliwe spojrzenia, pod stołem splatają się dłonie. Pora nocy jest zupełnie nieistotna. Po wszystkim wracamy do domu. To niedaleko.