Szkoła muzyczna. Drugie piętro. Wieczór. Czekam na lekcję fortepianu. Patrzę przez okno. Ciemno. Mokro. Myślę o tym, że gdy wrócę do domu czeka mnie jeszcze odrabianie lekcji na jutro. Nie chcę tu być. Chciałbym być gdzie indziej. Jestem zupełnie sam na tym korytarzu.
Miesiąc: Październik 2025
szkic
Moje słowa wybitnie nie trafiają w czyjś czas. Odkładam je więc na bardziej odpowiedni moment, zapisaną kartkę papieru chowam na przewiewnym strychu. Dla pewności uchylam jeszcze okno, niech zachowa się nienaruszona.
utworzył
prawie rok temu gdy padły te konkretnie słowa tego utworu rozpadłem się na milion kryształków bo tak bardzo tego pragnąłem tak bardzo mi tego brakowało o niczym innym nie marzyłem i przeglądałem się w tym milionie zwierciadeł i nie rozpoznawałem się w żadnym odbiciu aż nagle jeden zatlił się jakimś echem blasku i rzucił na ścianę świetlnego zajączka a pozostałe zwielokrotniły projekcję nadając jej ostrość i ostateczny kształt słonecznie księżycowego kota
widziadło
widzę tyle przyszłości
że aż oczy krwawią
mechaniczny poranek
Pętla kręci się nieprzerwanie. Zerwane kartki ze ściennych kalendarzy zaśmiecają podłogi kolejnych cel, można już w nich brodzić po pas, a gdy upaść na kolana, to i poszyję. Ale nie ułatwimy niczego kręcącej się pętli. Przeszywający dźwięk otwieranej gdzieś bramy, strażnicy zajmują swoje miejsca. Otwieram oczy by zaraz je zamknąć. Udaję sen, jak prawie za każdym razem. Udaje mi się nie stawić na porannej zbiórce wykreślając się tym samym z harmonogramu dnia. Małe zwycięstwo świętuję oddając się sobie. W końcu sobie, po tylu latach uciekania w chorobę – nareszcie sobie. Pętla kręci się nieprzerwanie coraz bardziej się zaciskając. Systematycznie wyciągam z niej włókna, mieszam je ze zwątpieniem i strachem (można ich nie odróżnić, są tego samego koloru, strach jest błyszczący, zwątpienie matowe) i tkam z nich dwie wstęgi. Po jednej z nich opuszczę się z okna, drugą rozciągnę nad przepaścią i przejdę po niej balansując całym ciałem. W jednej ręce będę trzymał gitarę, w drugiej karton z płytami cd, dzięki nim utrzymam równowagę.
– A w jaki sposób przywiążesz drugi koniec wstęgi, przelecisz nad tą przepaścią czy jak?
Spierdalaj. Zdupcaj do swoich antyków, herbów i stron internetowych poświęconych iluminatom. Tam po drugiej stronie ktoś będzie na mnie czekał, rzucę mu koniec wstęgi. Wiem, że trudno ci to zrozumieć, bo na ciebie nikt nigdy nie czekał, nie w ten sposób.
Pętla kręci się nieprzerwanie, coraz bardziej cienka. Nie zrobi mi krzywdy nawet gdy się zaciśnie. Zresztą najprawdopodobniej i tak wcześniej się zerwie.
przy się
Muszę usiąść. Muszę. O, tu będzie w sam raz. Niby niedaleko, a tak naprawdę gdzieś daleko stąd. Skąd? I w dodatku wieje. Jest mokra, chcę przemoczyć spodnie. Chcę czuć zimno na pośladkach, a opierając po bokach dłonie chcę nawbijać sobie drzazg. Chyba już się nie ruszę. Poobserwuję sobie zmiany pór roku. Urosną mi włosy, może wtedy na mojej głowie ptaki uwiną sobie gniazdo. Nie wstanę.
kAc
Upiłem się życiem, o czwartej nad ranem obudził mnie kac. Taki najprawdziwszy, zapamiętany z czasów picia. Do pełni szczęścia brakowało tylko nudności, ale coś czuję, że jeszcze wszystko przede mną w tym temacie. Poza tym cała paleta typowych doznań: suchość w ustach, niepokój, odrealnienie, słabość, zapadanie w krótki sen z przedziwnymi wizjami (najwyraźniej zapamiętałem tę, w ktorej moi bliscy siedzieli jakby w okręgu wokół mnie i głośno do mnie bełkotali niezrozumiale). Po trzech tabletkach modliłem się tylko o szklankę, najlepiej tego roztopionego śniegu. Z tych okruchów które będę zbierał.
pozytywny pesymista
Niedawno znajomy z pracy powiedział mi, że jestem najbardziej pozytywnym pesymistą jakiego zna. Oczywiście mówił to pół żartem pół serio, ale w zasadzie trafił, trochę racji miał, a ja odebrałem to jako komplement. Wspominam o tym właściwie tylko dlatego, że chciałem tu w końcu napisać coś pozytywnego, a że takiemu wyjątkowemu w tym miejscu wpisowi należało nadać jakiś sensowny tytuł, a że „coś pozytywnego” to utwór Kasi Kowalskiej, no to trzeba było wymyślić coś innego. W miarę możliwości korespondującego z treścią. Nieważne, do rzeczy. A właściwie do człowieka.
Znam przepiękną osobę, która dokonuje cudów w walce ze sobą i w walce o siebie. Dziś osoba ta odniosła kolejny spektakularny sukces, co sprawiło, że jestem tak bardzo szczęśliwy, że chyba nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się czułem. Przepełnia mnie radość, wzruszenie i duma, a wszystko to wychodzi ze mnie razem ze łzami. Jestem lekki, unoszę się paręnaście centymetrów nad podłogą, a dzisiejsze słońce na niebie jest niczym w porównaniu z blaskiem który rozgrzewa mnie od środka. Właśnie dla takich chwil warto żyć, właśnie dla takich.
przeźrocze
Kurtyna, welon, zasłona, narzuta. Wiecznie czymś przykryty. Przykry ja. Z każdej strony sceny, nigdy w jej centrum. Welon się za mną snuł, aż rozpłynął się całkiem w powietrzu, a ja go nie dokarmiłem. Za słona, albo poplamiona, a przecież była nowa, ale to zupełnie normalne w tej kuchni pełnej niespodzianek. Zaraz dokończę, tylko coś na siebie narzucę, ale doprawdy nie chcę sprawiać kłopotu. Poza tym to nieciekawa opowieść, bardzo mało w niej światła. Trochę dźwięków jedynie. Można je przeoczyć, pominąć, mnie przy okazji też, w ostatniej chwili, tuż przed wejściem prosto na mnie. Przecież jestem przezroczysty.
pułap
milczy dom – wilczy dół
potrzask
pocisk