W próżnię. Trafiam. Wpatruję się. Na próżno czekać. Nie ma znaków. Ani na ciele, ani w zbożu, ani na niebie. Jest pięść, szkoda że nie na gardle. Słucham próżni. Ziarnistość muzyki sprawia, że czuję się jak bym leżał na dnie silosa zbożowego, ukojony ciężarem upraw z tych wszystkich pól, co jak okiem sięgnąć znaku żadnego nie dawały. Zataczam się na trzeźwo. Zawrót głowy w pozycji horyzontalnej.
Miesiąc: Listopad 2025
niespieszny obserwator
Obudziłem się, a w głowie dźwięczały mi słowa „niespieszny obserwator”. Próbowałem jeszcze zasnąć choć na chwilę, dośnić ten sen, wyjaśnić o co chodzi, bo z jakichś przyczyn czułem, że to o mnie, chciałem zrozumieć i… nie udało się. Ostatnio każda noc tak wygląda, że albo niezrozumiałe słowa, albo kogoś biję, niekiedy z pomocą nieżyjących od lat ludzi. Zupełnie inaczej prezentuje się śnienie na jawie. Mam wytatuowane wnętrza powiek, dlatego częściej mrugam i gdy tylko mogę zamykam oczy na dłużej. Niesłychane, ile obrazów mieści się na tak niewielkiej powierzchni, jaką jest pokrywa oka. Przymykam je i widzę największe w tym mieście ronda, mosty, budynki, wnętrza, kawiarnie, ławki. Obserwuję zmiany pór roku, czuję słońce, wiatr, deszcz i śnieg. Czuję zapachy! Słyszę dźwięki. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że niezależnie od tego czy tylko mrugam, czy też gdy dłużej nie otwieram, po uniesieniu powiek nic nie ulatuje, wszystko pamiętam, niczego nie muszę dośnić, by zrozumieć.
kjub
Dostałem z liścia. Od jesieni, od liścia. Chwilę później prawie straciłem oko za sprawą jakiegoś ciernia, chociaż wcale nie było ciemno choć oko wykol. Chodź ze mną, chodź oczywiście oczyścić, o czym to ja… Już nie widzę dobrze w półmroku, musisz mi przyświecić, wiesz? Wracałem do domu i musiałem się uchylić w ostatniej chwili. Gwałtownie skinąłem głową w lewą stronę, a że oprócz tego, że jestem człowiekiem który po drodze gasi latarnie (z rzadka je zapala), to jestem też człowiekiem który nosi pod czaszką kostkę rubika, kilka średniowiecznych zamków, zegar z kukułką oraz antyczny sekretarzyk. Wiesz co się dzieje z szufladkami przy najmniejszym wstrząsie? A przecież czasem wieje tak, że żyrandole tańczą pod sufitem.
d_fens
Mam pamięć wiatru. Jestem bezbronny, wystawiony na to co przyniesie. Mogą to być ziarna piasku z plaży, przywiane ciepłym podmuchem. Gorzej, gdy przeszywają mnie zimne i wilgotne górskie echa. Najgorsze jednak są kłębowiska cierni z pustkowi, tych trudno się pozbyć z oczu nawet gdy wiatr się uspokoi. Niezależnie od tego co wieje i z której strony, próbuję doprawić podmuchy zapachem zeskrobanym z rejestracji samochodu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mieszają się czasy i wymiary, przeszłość z przyszłością, niemożliwe z realnym, nie do pomyślenia z tylko do czucia. Wysiadam, trzaskam drzwiami, z bagażnika wyjmuję śniadaniówkę i broń, bagażnik zostawiam otwarty, ruszam pomiędzy stojącymi w korku samochodami, po pewnym czasie skręcam na chodnik, wypatruję spełniającego wszystkie warunki domofonu, znajduję go, zbliżam się, jedną ręką rozpinam kołnierzyk koszuli, drugą zaciskam w pięść.
pistacje
Ten kolor obiecywał tak wiele, a spełnił jeszcze więcej. Ten kolor, jak już się w nim zanurzyć, smakuje spokojem. A gdy go rozlać, wtedy każda pora roku brzmi inaczej. Nie myślę już o niebieskich migdałach, mam głowę wypełnioną zielonymi pistacjami.
pachnące szkło
Zabiłem dziś perfumy, wiesz? Jakież to symboliczne swoją drogą: niechciany zapach, kupowany na siłę. Jak to się stało? W pośpiechu, żadna nowość. W tym samym pośpiechu, w którym każdy spacer zamienia się w bieg. Zapisuję w pamięci to wydarzenie jako drugi punkt niefajnych doświadczeń z perfumami. Pierwsze miejsce w dalszym ciągu należy do lanego poniedziałku sprzed wielu lat, kiedy to jakaś ciocia zamiast wody użyła flakonika z babcinym zapachem, lawendą czy innym różanym wrzosem. W każdym razie chyba już znam scenerię mojego ewentualnego końca: nad rozbitym pachnącym szkłem.
wosk
wieża ciśnień podnosi
wzrok ze słoniowej kości
węch pod wiatr emocji
wraz z wyrazem wysiłku
wnet strumieniem zagości
w ścianie okno lustrem
Niedomknięte okno, przeciąg delikatnie porusza firanką. Jej ruchy w nieregularnych odstępach odkrywają równoległe rzeczywistości. Jedną, drugą, trzecią… Tyle ich, ile punktów na moim ciele, znaczników rocznego cyklu naniesionych kilkoma inkantacjami. Ponownie słucham, chłonę każde zaklęcie, emanuję milczącym podziwem. Nie pierwszy raz zastanawiam się jakim cudem się tu znalazłem, choć przecież znam odpowiedź. W mglistej wizji przyszłości pomagają ruchy firanki, staje się ona wachlarzem przeczesującym nitki cukrowej waty. Tu przedziałek możliwości, tam spleciony warkocz obaw, jeszcze gdzie indziej natapirowana grzywka przesądów. Głowę trochę na bok, czy taka długość wystarczy? Lustro weneckie prawdę ci powie.