klawisz trzaski słowo cisza dużo pustej przestrzeni zagłuszyć trzaskami ciszę słowami co się stanie trzask litera trzaski słowa dlaczego widzę tylko nieszczęścia trzask trzask trzask nic trzask trzask trzask trzask trzask trzask trzask trzask trzask ciekawego może unieść tę maszynę nad własną głową trzask przestanie podpowiadać trzask
Miesiąc: Grudzień 2025
post
Na szczęście nie mówię przez sen, w snach jedynie czytam. To też niedobrze, bo często budzę się z odpowiednim do wyczytanych treści nastawieniem, nieodpowiednim za to dla mnie. Zresztą skąd mogę wiedzieć, może właśnie mówię przez sen, bo czytam na głos? Nieważne. Nieistotne. W tym domu nikt nie śpiewa, pojawia się za to niemelodyjne nucenie. Mam ochotę je ukrócić raz na zawsze. Gdzie jest moja stara maszyna do pisania?
okna
Okna jakie są, każdy widzi. Choć nie wszyscy dostrzegają. Jedni nie zauważą przyozdobienia, drudzy je zlecą komuś innemu, po czym dojdą do wniosku, że wolą po swojemu. Lampki zostaną zdjęte, zawieszone gdzie indziej, w inny sposób. Komuś innemu wytłumaczy się, że tak będzie lepiej, choć tak jak ten ktoś zrobił, też było nieźle. Systematycznego nadgryzania czyjejś pewności siebie już się nie dostrzeże. Ci jedni i drudzy mogliby w sumie przybić sobie piątkę i założyć swój własny klub. A ja chodzę ulicami i gaszę latarnie. Znów zaglądam ludziom do mieszkań. Przyglądam się przedświątecznej krzątaninie, towarzysząca temu radość jest egzotycznym motylem, okno gablotą. Znajduję się równocześnie po dwóch stronach szyby, odnaleziony, a przecież zagubiony. Muszę się opowiedzieć, zanim zostanę przecięty. Albo przeciętny. To dopiero będzie opowieść.
znój
Znajoma chmura żyletek podpływa do umysłu. Szpetna dłoń w rękawicy z kolczastego drutu sięga po serce. Próbuje je zerwać z wątłej jabłoni którą udało mi się wyhodować, która tyle przetrwała, a może poddać się najdelikatniejszemu wietrzykowi. Przecież wiem, że tak. Dobrze wiem, że nie. Więc czemu bolikłujedrażniłamiepękawsypujesól? To są te momenty, w których jeszcze mniej rozumiem samego siebie. To jest ta chwila, w której nie chcę się znać.
duszny
Najwyraźniej żeby nawiedzać znajome kąty trzeba wcześniej umrzeć. Umrzeć za życia. A ja nie zamierzam. Za życia żyć raczej. Nie po wypełnienie sięgnąć. Po życie.
wanna
W dzieciństwie bałem się wanny. Po oglądnięciu sceny kąpieli w Koszmarze z Ulicy Wiązów czekałem z przerażeniem, aż z pomiędzy moich nóg wyłoni się ręka w szponiastej rękawicy i wciągnie mnie pod wodę. Po prostu wiedziałem, że będę się szarpał próbując desperacko zaczerpnąć powietrza, a kilka metrów nade mną będzie majaczył otwór w kształcie wanny, brama pomiędzy światami snu i jawy. Potem mi przeszło, lubiłem kąpać się z książką w ręku, długo, aż woda robiła się zimna, a ciało zaczynało przypominać gąbkę. Niejeden egzemplarz wyszedł zwycięsko z próby wodowania i musiał swoje odleżeć na kaloryferze. W pierwszym własnym mieszkaniu była wanna, ale ledwo się w niej mieściłem. Właściwie żeby się położyć musiałem wyprostowane nogi oprzeć na ścianie, uważając na gazowy piecyk. Tych kąpieli nie wspominam miło. Zawsze byłem popędzany, czemu codziennie, szkoda wody, straszne rachunki, w łazience robi się ZADUCH. W kolejnych mieszkaniach były już kabiny prysznicowe. Za to w następnym będzie duża wanna. Bo wiem, że ona istotnie jest bramą pomiędzy światami, tyle że nie tymi, o których myślałem jako dziecko.
7-2
Nie rozumiem dlaczego oczekuję od siebie, że zachowam pokerową twarz za każdym razem kiedy ktoś mówi „sprawdzam!”. Przecież ja nawet nie potrafię grać w pokera. Pasuję. Albo i nie.
śliwkowo
Jak to jest, że nie mam gorączki, skoro tak bardzo płonie mi głowa? Na przestrzeni lat zdarzało się jej płonąć różnymi ogniami, ale nigdy dotąd takim. Nie jestem dobry w kolory, ale gdybym musiał go sobie jakoś zwizualizować, to byłaby to mieszanka ciemnych odcieni czerwieni i fioletu. Śliwkowy pożar, to byłoby ładne. I smaczne. Nawet zapach byłby przyjemny. Czyli wszystko na swoim miejscu w tym pozornym nieładzie rozsypanki. Płomienie mają swój rytm i słowa innych ludzi. Słyszę trzaskające zgłoski, coś o kapitalnym znudzeniu i walce na poduszki. Chyba potrzebuję deszczu. Na już.
szramy
Niewykluczone, że nigdy nie opuściłem tej łazienki. Gdziekolwiek by ona nie była. Może w rodzinnym domu, lub na środku autostrady, albo w zaniedbanym wakacyjnym kurorcie. Mokro. Zimna zieleń płytek. Lustro, zaparowane czy zwyczajnie brudne, nieistotne. Obowiązkowa świetlówka, koniecznie nieregularnie mrugająca. Głowa płonie, boję się wyjść. Wiem co mnie czeka, ale przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Mikrofonowy kabel rozśpiewując się roztrąca roztańczone ćmy. Płoną plecy, wychodzę. Na długie lata wychodzę wgłąb siebie. Jeszcze tylko dostanę pięścią w twarz na do widzenia.
1 grudnia
Z tą trzeźwością, to jest tak, że nie piję już dwa lata. Bez może jakichś dwóch tygodni, może trzech. I to nie jest tak, że nie piję, bo ja udaję że piję tymi wszystkimi zerami, które na całe szczęście są coraz smaczniejsze. I, co jest w tym wszystkim najlepsze, dobrze mi z tym udawaniem. Z tym udawaniem. Bo udawać, to ja bardzo dobrze potrafię, ale nie z każdym udawaniem dobrze się czuję. Okazuje się na przykład, choć przyznanie się do tego przed samym sobą trochę mi zajęło, że bardzo długo udawałem, że żyję. Bardzo długo. Tak długo, że właściwie poza tym udawaniem nie znam niczego innego. Dopiero niedawno zacząłem odkrywać, że można inaczej. I bardzo się boję, jednocześnie bardzo chcę. Żyć. Bez udawania.