Okna jakie są, każdy widzi. Choć nie wszyscy dostrzegają. Jedni nie zauważą przyozdobienia, drudzy je zlecą komuś innemu, po czym dojdą do wniosku, że wolą po swojemu. Lampki zostaną zdjęte, zawieszone gdzie indziej, w inny sposób. Komuś innemu wytłumaczy się, że tak będzie lepiej, choć tak jak ten ktoś zrobił, też było nieźle. Systematycznego nadgryzania czyjejś pewności siebie już się nie dostrzeże. Ci jedni i drudzy mogliby w sumie przybić sobie piątkę i założyć swój własny klub. A ja chodzę ulicami i gaszę latarnie. Znów zaglądam ludziom do mieszkań. Przyglądam się przedświątecznej krzątaninie, towarzysząca temu radość jest egzotycznym motylem, okno gablotą. Znajduję się równocześnie po dwóch stronach szyby, odnaleziony, a przecież zagubiony. Muszę się opowiedzieć, zanim zostanę przecięty. Albo przeciętny. To dopiero będzie opowieść.