Widziałem cię wczoraj jak wyszedłeś na swój balkon. Na chwilę wróciłeś się po coś do mieszkania, może było ci zimno i chciałeś coś jeszcze na siebie narzucić, może zapomniałeś zapalniczki. To trochę dziwne, tak wychodzić zapalić na balkon, jakby w swoim własnym mieszkaniu nie można było, ale widziałem w sumie dziwniejsze rzeczy. Być może niektórzy palą właśnie po to, żeby móc wyjść na balkon. W sumie dlaczego nie. Niektórzy mają balkon, a z niego nie korzystają, nie umieją się nim cieszyć. Daleko nie trzeba zresztą szukać. W każdym razie ja ciebie widziałem, a ty mnie nie, nawet nie spojrzałeś w moim kierunku. Może to i dobrze, bo gdybyś mnie zauważył… to co właściwie? Odruchowo chyba musiałbym udawać, że z kolei ja ciebie nie widzę. Albo że ja to nie ja, mam w tym pewną wprawę. Przeszedłem niezauważony, generalnie też nic nowego. To w jakiś gorzki sposób zabawne, biorąc pod uwagę co nam się wydawało, kiedy byliśmy młodzi.
Autor: mknie
pory
Nie wiem jaka jest pora dnia. Czy jest jasno czy już ciemno. A roku? Nie jesień z pewnością, brakuje jej uroku. Nie wiem dokąd skierować dziś swoje kroki. Którędy bardziej. Czy będzie mokro? Czy to deszczowa pora? Mam już dość, ale to jeszcze nie pora na wyjście z pracy. Czekam aż nadejdzie, przeważnie czekam od rana na porę na sen.
wim
Połknął mnie jakiś owad, robak, inne paskudztwo. Wij być może, a ty wij swój sznur, ja będę wił swoje gniazdo. Inni mogą wić wieńce, a ty z kolei wianek utkaj z tych wstęg swoich, tak bardzo się przyda, tak bardzo będzie ci do twarzy. Powróćmy do wija, bo stało się to nieco zawiłe, wciągnął mnie wir tej historii, a przecież odbyłem podróż w jego brzuchu, podróż ruchem wirowym, a wzrok mój błądził od niebieskiego sklepienia ściany żołądka usianej gwiazdami, do spojrzeń jakimi obdarzali mnie współtowarzysze trawiącej trasy. Odczytałem niemy zarzut, że niby wszystko wymknęło mi się z rąk, nic bardziej mylnego, absolutnie WSZYSTKO mam pod kontrolą.
latawiec
Nigdy nie miałem niewidzialnego przyjaciela. Od lat nie mogę też mieć w domu żadnych zwierząt. Długo nie zdawałem sobie sprawy z różnego rodzaju braków i potrzeb, ale gdy w końcu to nastąpiło, oczom moim zmaterializował się niewidzialny kot. Tak, zdaję sobie sprawę z paradoksu – zmaterializował się niewidzialny. To nieistotne, bo coś takiego jak prawa, zwłaszcza logiki, w przypadku tych zwierząt nie mają zastosowania. Tak więc jest. I jest latawcem. Unosi mnie na elastycznej lince, nie tylko w wietrzne dni. Całe niebo należy do niego, choć jemu się wydaje, że przez cały czas ciągnie w dół. Taki to jest ten mój kot.
papug zagłębie
Spacerowałem tymi ulicami tuż po śmierci ojca. Raz na chodniku znalazłem z tego co pamiętam chyba siedemdziesiąt złotych. Tak głównie zapamiętuję: chyba. W każdym razie teraz też przydałoby się takie znalezisko. Wysprzątałbym te chodniki, dokładnie pozamiatał, może wtedy coś by się znalazło. W sprzątaniu jestem dobry, sprzątanie działa. Lubię jak brud i bałagan poddają się moim dłoniom, to się zawsze udaje.
odnoga
Czy każdy już sobie ukroił? Coś tam jeszcze zostało, przecież zawsze wszyscy coś dostają. Ja sobie poczekam, przeważnie niepytany. Dostałem ciasteczko od samej Śmierci, mogę się czuć namaszczony. Rozlałem się, rozdałem, teraz można rozedrzeć, a potem oczekiwać na rozpostarcie. Ta zwłoka jest tu kluczowa, a może właśnie nie, czy to ma w sumie jakiekolwiek znaczenie… Grać na zwłokę – to zabawne nawet. Zwłokę. Zwłoki.
kuchnia
Lubię widok z tych okien, ale tak naprawdę mógłby to być jakikolwiek inny. Zresztą jak często w tym domu patrzyło się przez okna? Już raczej bardziej na nie – czy już się kwalifikują do mycia. Rozglądam się wokół siebie i nie znajduję tu nic swojego, takiego co kojarzyło by się tylko ze mną. Że mój ekspres do kawy? Bardzo niewyraźnie zaznaczona obecność. Kuchnia, serce domu, a działała na mnie kojąco tylko wtedy, gdy byłem w niej sam, tak jak teraz, najczęściej wczesnym rankiem. W sumie czy faktycznie kojąco? Po prostu wtedy dobrze się w niej czułem, wtedy byłem jakby rzeczywiście u siebie. Serce domu, którego sercem jest ekspres do kawy. Przeplatam czas teraźniejszy z przeszłym, wytatuowanymi powiekami podziwiam zupełnie inny świat za oknem, kątem oka widzę grę świateł na ścianach stojacych pod innymi kątami, zmieniających kolor meblach i cieplejszej podłodze, przykuty do nowej panoramy boję odwrócić od niej wzrok, tak jakbym wzbraniał się przed dostrzeżeniem tego, że w plecionce pojawiła się trzecia wstęga.
nić
może będzie łatwiej jak przestanie się wierzyć gdy już nie wiadomo za co się ciągnie czy to pajęcza sieć i na niej krople rosy czy to pięciolinia czy gałązka konwalii czym przyszyć guzik gdy nie ma igieł można złapać agrafką spróbować opasać się kablem ale czy to już zawsze będzie się trzymało tak tylko na słowo honoru czy jak puści to strząśnie z siebie wszystkie punkty zaczepienia a może niech już lepiej puści skoro tylko ściska a nie podtrzymuje sam nie wiem nie widziałem tego w żadnej dobranocce
danie dnia
Czy każdy ma talerz? Czy wszyscy już sobie ukroili? Starczy dla każdego, zaproście jeszcze znajomych, rozdawajcie przypadkowym osobom na ulicy. Wszystko ma zostać zjedzone. Niech nic nie zostanie. A jeżeli nawet, to wtedy food fight.
piwniczne oświetlenie
Wznieśmy razem piękny budynek, będziemy go nawiedzać aż do śmierci. Żeby móc obserwować kawałek swojego terytorium będę zmuszony chwilowo umrzeć. A przecież jestem pochowany, codziennie ubieram spodnie, ubieram twarz, zakładam buty, zakładam mózg – i wychodzę. Na zewnątrz, w okropny upał lub w temperaturę poniżej zera.
Idąc tym wąskim korytarzem uważaj, nie zbliżaj się za bardzo do ścian, są bardzo chropowate, można pokaleczyć dłonie, no chyba że masz na sobie zegarek, on potrafi uchronić przed ostrymi wypukłościami, szkoda go tylko zarysować, ale przykro się robi tylko za pierwszym razem.