sru!

Niepodlewana ręka nie chce odrastać. Nie swędzi, co najwyżej te fantomowe zakończenia które w zetknięciu z klawiaturą komputera potrafią wywołać ospę. Brakoczas. Z dnia wykrawam dla siebie bardzo niewiele, raczej z nocy. W drodze do i z pracy czasem zdarza mi się zanotować sympatycznym atramentem coś w głowie, najczęściej bezpowrotnie. Albo nie mogę zasnąć, albo nie wiem kiedy zasypiam. W obydwu przypadkach nie mogę się obudzić. Twórcze myśli wypierają te prozaiczne, dobór czcionki tekstów na płytę roku przegrywa z analizą kontaktów wewnątrzrodzinnych. Gdzieś po drodze kupiliśmy nowy samochód, którym jeszcze nawet nie jechałem, bo nie potrafię do niego wsiąść. Styczeń – sru!

hep! &

Zamykaj drzwi na klucz, jak wychodzisz. Nawet gdy idziesz tylko ze śmieciami. Mogę się wślizgnąć niepostrzeżenie i tym razem nie odbiję się od czerwonej kotary. Kolory… Przestaję odróżniać. Wewnątrz mojej sfery panuje idealna pustka. Mogę się dotoczyć żywcem gdzie mi się podoba. Pogrzebać. Zaczyna mi to odpowiadać. Echo. Kopia. Wpatrywać. Zamykaj drzwi na klucz, jak wychodzisz. Teraz lepiej nie wieszaj prania za domem. Zamarznie i połamiemy na sobie prześcieradła. Mów. 

Poproszę pięć saren

Nie do wiary, ale w parku położonym niemalże w samym centrum tego pierdolonego smogowego miasta widziałem pięć saren. Przecięły mi drogę i zatrzymały się na chwilę może 10 metrów ode mnie. I tak staliśmy i obserwowaliśmy się spokojnie, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech, który nie chciał zejść jeszcze przez jakiś czas.

Merry i Pippin

Chyba wchodzę w ten etap życia, w którym bardziej od nieśmiertelnego „Last Christmas” grupy Wham! irytują mnie gównoburze w internecie. Ale na szczycie listy jednak plasuje się wywieranie na mnie presji przy wigilijnym stole, abym może jednak zadzwonił z życzeniami do brata. W końcu on raz w roku jest trzeźwy, a ja jestem młodszy. Wesołych!

(Pewnie każdy już widział to zdjęcie, ale po pierwsze zmiażdżyło mnie ono, po drugie z netem jestem bardzo do tyłu ostatnio, po trzecie aj dont giw e fak).

Trippp

Diane, nie uda mi się wytłumaczyć swojej nieobecności. Mogę powiedzieć tylko tyle, że niebyt wcale nie różnie się wiele od odbytu. Pod wpływem różnych środków można zauważyć trochę więcej, niż bez nich. Na przykład dziewczynę poprawiającą coś w bucie, zastygłą przez chwilę w pozie lidera Jethro Tull. Albo robotników na którymś piętrze luksusowego apartamentowca, skulonych jak gargulce. Liść jak szczur, popychany przez wiatr. Wracam do domu przez często odwiedzaną niegdyś dzielnicę. Gubię drogę, choć to raptem kilkanaście bloków na krzyż, jeżeli nie liczyć luksusowych apartamentowców, w pobliże których nawet się nie zapuszczam. Chwilę wcześniej szukam apteki, nie mogę znaleźć, choć mijam ją kilkakrotnie. Przechodzę pod domem kiedyś często odwiedzanego kolegi. Domu który zapamiętałem już nie ma, w jego miejsce stoi luksusowy apartamentowiec. U kiedyś często odwiedzanego kolegi ciemno. Nie zatrzymuję się, idę dalej oddychającym mostem. Dochodzę do rozstaju, gdzie zakrzywia się czas. Po jednej stronie hala, w której pewien zespół promuje swoją trzecią płytę. Po drugiej galeria handlowa, w której piętnaście lat temu kupiłem zaręczynowy pierścionek, a za resztą która mi została sprawiłem sobie drugą płytę wspomnianego zespołu. Potem udałem się do domu kiedyś często odwiedzanego kolegi, ale nie do luksusowego apartamentowca. Postanawiam się w to nie zagłębiać, skręcam do parku. Po drodze sikam, strugą moczu próbuję coś napisać. Wychodzi mi logo blackmetalowego zespołu, albo wiązka chrustu, zależy z której strony patrzeć. Bez wspomagaczy też można zaobserwować ciekawe rzeczy. Rano mijam utykającą na jedną nogę młodą kobietę. Po południu utykającą na na drugą nogę starszą kobietę. Wieczorem faceta o kulach, a w aptece starszego pana z olbrzymią drzazgą w palcu. Mógłbym słuchać na przykład Rush, tak jak wtedy, gdy błądziłem po niegdyś często odwiedzanej dzielnicy, teraz pełnej luksusowych apartamentowców. Takie Jacob’s Ladder na przykład żywcem brzmi jak soundtrack do wychodzenia z depresji. Ale słucham raczej czegoś do wzruszania ramionami. I tak się zastanawiam, dlaczego każda wirtualna rozmowa musi się kończyć wysyłaniem zdjęć? Ja nie chcę, jestem niewyjściowy. Czy w okolicach czterdziestki te realne znajomości muszą sprowadzać się do dwóch telefonów w ciągu roku? Diane, jestem tym wszystkim bardzo zmęczony. Śniła mi się koleżanka z pracy. W tym śnie przytulała się do mnie i było to bardzo przyjemne, sto kilometrów od erotyki, po prostu bliskość i ciepło. I wiesz co? Męczy mnie to, że nie mogę jej o tym opowiedzieć. Że żyjemy w takich czasach, że takie wyznanie zostałoby źle odebrane, z miejsca zaklasyfikowane do niewłaściwej kategorii. A może czasy nie mają tu nic do tego, może bardziej chodzi o sposób myślenia który mamy narzucony. Śniłaś mi się, przytulałaś się do mnie i byłem szczęśliwy – automatycznie brzmi to POWAŻNIE, automatycznie coś to ze sobą niesie, a ja chciałbym o tym napomknąć jak o ciekawej książce którą ostatnio czytałem. No bo co innego można robić z książką? Swoją drogą to by było ciekawe, powiedzieć komuś „Hej, nie uwierzysz jaką zajebistą książkę ostatnio jadłem/tańczyłem/wąchałem/pocierałem o klatę”. Niepotrzebne skreślić. Chyba się odblokowałem.

ssie ssa

czasami jakby się niebo odetkało przez dziurę w pustce wsysa mnie tam gdzie więcej kolorów i przeważnie zieleń gdzie w tle słychać gdzie w dali widać gdzie z wiatrem wonie gdzie uśmiecham się opuszkami palców i proszę nie myśleć nie myśleć nie myśleć że to się wkrótce zatka i będzie nieruchomo przez czas jakiś

par k ing

Problem w tym, że za naszych czasów nie spotykaliśmy się na parkingach. Nie było wtedy tylu samochodów i zaparkować można było właściwie wszędzie. A szkoda. To byłby czad, móc całować cię w blasku odbijanego przez niezliczone ilości karoserii i szyb słońca. Nasze słońce co najwyżej odbijało się w wodzie, poza tym nie załamywało się, jego blask bezlitośnie niszczył wszystko na swej drodze. 

seyser koze

Żołądkowe eksplozje zlodowaciałych słońc. Lubię. Śniły mi się szerszenie. Niestety reszta snu się zatarła, za długo zwlekałem, trzeba było opisywać zaraz po przebudzeniu. Było w nim coś o ojcu, o bloku w którym dawno temu mieszkałem, tym pierwszym, z dziwnymi kwietnikami. Ojciec… W drugą rocznicę jego śmierci mój pijany brat wył mi do słuchawki o tym, że nas wszystkich bardzo kocha. Tak sobie myślę… W sumie to nie chcę już myśleć, myślenie ostatnio zajebiście mnie męczy. Łyk pyk. Czasami przelatuję nad światłami wielkiego miasta. W tle pobrzmiewają delikatne dźwięki syntezatora. Skanuję, czy jeszcze kiedykolwiek będzie miało miejsce jakieś jeśli. Dwuznaczna rozmowa, taka podczas której nie ucieka się spojrzeniem. Patrz na mnie, zauważ mnie, o niczym innym nie marzę. 

spaj wersus spaj

Możesz mnie śmiało zrzucić na terytorium wroga. Skoro w promieniu kilku metrów ode mnie wysiadają interfejsy audio i przenośne odtwarzacze, to cóż innego może się stać z komputerami, albo jakąś delikatną nanotechnologią? Otwórz śluzę i mnie wypchnij. Nie przejmuj się, gdyby mój spadochron zaczepił o któryś z silników. Poradzę sobie. Dziś wolałem nie zmieniać strun, ona dopiero co wróciła od lutnika, a ja, sam rozumiesz… Wszystko wokół mnie pada. Tak więc mam komplet siedmiu garot, przydadzą się, kiedy tej obserwującej mnie obcej istocie wysiądzie ten jej kosmiczny kamuflaż. Tęsknię za czasami, w których ewentualną usterkę naprawiało się śrubokrętem. Nie wgrywała ci się gra z kasety na Commodore 64, to brałeś narzędzie i kręciłeś. Teraz są te wszystkie nano-dziurki za pomocą których możesz dokonać resetu, ale co tam kurde wsadzić, jak się nie ma pod ręką specjalistycznego sprzętu? Szpilka się wygina i wszystko na to wskazuje, że w dodatku psuje cały układ. Czy coś tam w środku. Tegesa niszczy. Hmmm… Dawno nie szedłem tą trasą obok cmentarza. W najbliższych dniach się to raczej nie uda. 

tjun

Nie umiem dostroić się do mojego syna. Myślałem, że im będzie starszy tym będzie łatwiej… Nic bardziej mylnego, tak samo jak w przypadku mojego naiwnego przekonania, że jak już dziecko pójdzie do szkoły, to będziemy mieć więcej czasu dla siebie. Właściwie jest dokładnie na odwrót. Zawsze chciałem być takim tatą-kolegą, nie tylko i wyłącznie kimś kto poucza, opierdziela i wymaga, tylko kimś kto towarzyszy, wspiera i pomaga w rozwijaniu wyobraźni i pasji, a co za tym idzie i osobowości. Udawało się to w miarę póki syn był młodszy i z szeroko otwartymi oczami chłonął wszystko to, co do niego mówiłem, zastanawiał się nad tym, co mu podsuwałem. Drogi moje i mojego ojca zaczęły się bardzo szybko rozchodzić, już dawno temu przysiągłem sobie, że sam nigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji w przypadku własnych dzieci. Tylko nie wiedziałem, że w pewnym momencie to się właściwie dzieje naturalnie i automatycznie. Syn ma w tym momencie jedenaście lat i własny świat, którego ja najzwyczajniej w świecie nie ogarniam, tak samo jak on nie jest w stanie ogarnąć mojego. Niby jestem na miejscu, już nie znikam z domu na dłużej, rozmawiamy, żartujemy, wygłupiamy się, tylko cały czas mam poczucie, że daję mu coraz mniej, zamiast coraz więcej. I nie chodzi mi tylko o rzeczy których wspólnie po prostu nie zrobimy, bo albo ja w czymś się nie odnajduję (piłka nożna), albo on do czegoś nie jest stworzony (muzyka). Mam na myśli coś, czego nie bardzo umiem wyrazić słowami. Dostrojenie się, zatrzymanie na chwilę, poświęcenie całej uwagi w danym momencie… Im jestem starszy, im jesteśmy starsi, tym rzadziej się to udaje. Syn ostatnio przyłapał mnie na tym, że udzieliłem mu jakiejś odpowiedzi typu kutas, bo słuchałem go jednym uchem i ani za bardzo nie zarejestrowałem pytania, ani tym bardziej nie zastanawiałem się nad tym co mówię. Śmiał się, a mnie przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Bo dokładnie tak zapamiętałem relacje z moim tatą, poczułem się tak, jakbym się nim na chwilę stał. A przecież nie tak miało być.