W dzieciństwie bałem się wanny. Po oglądnięciu sceny kąpieli w Koszmarze z Ulicy Wiązów czekałem z przerażeniem, aż z pomiędzy moich nóg wyłoni się ręka w szponiastej rękawicy i wciągnie mnie pod wodę. Po prostu wiedziałem, że będę się szarpał próbując desperacko zaczerpnąć powietrza, a kilka metrów nade mną będzie majaczył otwór w kształcie wanny, brama pomiędzy światami snu i jawy. Potem mi przeszło, lubiłem kąpać się z książką w ręku, długo, aż woda robiła się zimna, a ciało zaczynało przypominać gąbkę. Niejeden egzemplarz wyszedł zwycięsko z próby wodowania i musiał swoje odleżeć na kaloryferze. W pierwszym własnym mieszkaniu była wanna, ale ledwo się w niej mieściłem. Właściwie żeby się położyć musiałem wyprostowane nogi oprzeć na ścianie, uważając na gazowy piecyk. Tych kąpieli nie wspominam miło. Zawsze byłem popędzany, czemu codziennie, szkoda wody, straszne rachunki, w łazience robi się ZADUCH. W kolejnych mieszkaniach były już kabiny prysznicowe. Za to w następnym będzie duża wanna. Bo wiem, że ona istotnie jest bramą pomiędzy światami, tyle że nie tymi, o których myślałem jako dziecko.
7-2
Nie rozumiem dlaczego oczekuję od siebie, że zachowam pokerową twarz za każdym razem kiedy ktoś mówi „sprawdzam!”. Przecież ja nawet nie potrafię grać w pokera. Pasuję. Albo i nie.
śliwkowo
Jak to jest, że nie mam gorączki, skoro tak bardzo płonie mi głowa? Na przestrzeni lat zdarzało się jej płonąć różnymi ogniami, ale nigdy dotąd takim. Nie jestem dobry w kolory, ale gdybym musiał go sobie jakoś zwizualizować, to byłaby to mieszanka ciemnych odcieni czerwieni i fioletu. Śliwkowy pożar, to byłoby ładne. I smaczne. Nawet zapach byłby przyjemny. Czyli wszystko na swoim miejscu w tym pozornym nieładzie rozsypanki. Płomienie mają swój rytm i słowa innych ludzi. Słyszę trzaskające zgłoski, coś o kapitalnym znudzeniu i walce na poduszki. Chyba potrzebuję deszczu. Na już.
szramy
Niewykluczone, że nigdy nie opuściłem tej łazienki. Gdziekolwiek by ona nie była. Może w rodzinnym domu, lub na środku autostrady, albo w zaniedbanym wakacyjnym kurorcie. Mokro. Zimna zieleń płytek. Lustro, zaparowane czy zwyczajnie brudne, nieistotne. Obowiązkowa świetlówka, koniecznie nieregularnie mrugająca. Głowa płonie, boję się wyjść. Wiem co mnie czeka, ale przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Mikrofonowy kabel rozśpiewując się roztrąca roztańczone ćmy. Płoną plecy, wychodzę. Na długie lata wychodzę wgłąb siebie. Jeszcze tylko dostanę pięścią w twarz na do widzenia.
1 grudnia
Z tą trzeźwością, to jest tak, że nie piję już dwa lata. Bez może jakichś dwóch tygodni, może trzech. I to nie jest tak, że nie piję, bo ja udaję że piję tymi wszystkimi zerami, które na całe szczęście są coraz smaczniejsze. I, co jest w tym wszystkim najlepsze, dobrze mi z tym udawaniem. Z tym udawaniem. Bo udawać, to ja bardzo dobrze potrafię, ale nie z każdym udawaniem dobrze się czuję. Okazuje się na przykład, choć przyznanie się do tego przed samym sobą trochę mi zajęło, że bardzo długo udawałem, że żyję. Bardzo długo. Tak długo, że właściwie poza tym udawaniem nie znam niczego innego. Dopiero niedawno zacząłem odkrywać, że można inaczej. I bardzo się boję, jednocześnie bardzo chcę. Żyć. Bez udawania.
kręgi
W próżnię. Trafiam. Wpatruję się. Na próżno czekać. Nie ma znaków. Ani na ciele, ani w zbożu, ani na niebie. Jest pięść, szkoda że nie na gardle. Słucham próżni. Ziarnistość muzyki sprawia, że czuję się jak bym leżał na dnie silosa zbożowego, ukojony ciężarem upraw z tych wszystkich pól, co jak okiem sięgnąć znaku żadnego nie dawały. Zataczam się na trzeźwo. Zawrót głowy w pozycji horyzontalnej.
niespieszny obserwator
Obudziłem się, a w głowie dźwięczały mi słowa „niespieszny obserwator”. Próbowałem jeszcze zasnąć choć na chwilę, dośnić ten sen, wyjaśnić o co chodzi, bo z jakichś przyczyn czułem, że to o mnie, chciałem zrozumieć i… nie udało się. Ostatnio każda noc tak wygląda, że albo niezrozumiałe słowa, albo kogoś biję, niekiedy z pomocą nieżyjących od lat ludzi. Zupełnie inaczej prezentuje się śnienie na jawie. Mam wytatuowane wnętrza powiek, dlatego częściej mrugam i gdy tylko mogę zamykam oczy na dłużej. Niesłychane, ile obrazów mieści się na tak niewielkiej powierzchni, jaką jest pokrywa oka. Przymykam je i widzę największe w tym mieście ronda, mosty, budynki, wnętrza, kawiarnie, ławki. Obserwuję zmiany pór roku, czuję słońce, wiatr, deszcz i śnieg. Czuję zapachy! Słyszę dźwięki. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że niezależnie od tego czy tylko mrugam, czy też gdy dłużej nie otwieram, po uniesieniu powiek nic nie ulatuje, wszystko pamiętam, niczego nie muszę dośnić, by zrozumieć.
kjub
Dostałem z liścia. Od jesieni, od liścia. Chwilę później prawie straciłem oko za sprawą jakiegoś ciernia, chociaż wcale nie było ciemno choć oko wykol. Chodź ze mną, chodź oczywiście oczyścić, o czym to ja… Już nie widzę dobrze w półmroku, musisz mi przyświecić, wiesz? Wracałem do domu i musiałem się uchylić w ostatniej chwili. Gwałtownie skinąłem głową w lewą stronę, a że oprócz tego, że jestem człowiekiem który po drodze gasi latarnie (z rzadka je zapala), to jestem też człowiekiem który nosi pod czaszką kostkę rubika, kilka średniowiecznych zamków, zegar z kukułką oraz antyczny sekretarzyk. Wiesz co się dzieje z szufladkami przy najmniejszym wstrząsie? A przecież czasem wieje tak, że żyrandole tańczą pod sufitem.
d_fens
Mam pamięć wiatru. Jestem bezbronny, wystawiony na to co przyniesie. Mogą to być ziarna piasku z plaży, przywiane ciepłym podmuchem. Gorzej, gdy przeszywają mnie zimne i wilgotne górskie echa. Najgorsze jednak są kłębowiska cierni z pustkowi, tych trudno się pozbyć z oczu nawet gdy wiatr się uspokoi. Niezależnie od tego co wieje i z której strony, próbuję doprawić podmuchy zapachem zeskrobanym z rejestracji samochodu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mieszają się czasy i wymiary, przeszłość z przyszłością, niemożliwe z realnym, nie do pomyślenia z tylko do czucia. Wysiadam, trzaskam drzwiami, z bagażnika wyjmuję śniadaniówkę i broń, bagażnik zostawiam otwarty, ruszam pomiędzy stojącymi w korku samochodami, po pewnym czasie skręcam na chodnik, wypatruję spełniającego wszystkie warunki domofonu, znajduję go, zbliżam się, jedną ręką rozpinam kołnierzyk koszuli, drugą zaciskam w pięść.
pistacje
Ten kolor obiecywał tak wiele, a spełnił jeszcze więcej. Ten kolor, jak już się w nim zanurzyć, smakuje spokojem. A gdy go rozlać, wtedy każda pora roku brzmi inaczej. Nie myślę już o niebieskich migdałach, mam głowę wypełnioną zielonymi pistacjami.