jakże płynnie zachodzi
przemiana gniazda szerszeni
w ul na karku
jakże płynnie zachodzi
przemiana gniazda szerszeni
w ul na karku
Kim jestem? Takie pytanie wyświetliło mi się w głowie w formie nieskładnych obrazów. W żadnym znanym języku, po prostu kilka przebłysków. Okazało się, że brakuje mi ośrodka mowy. Potrafię natomiast odwrócić głowę o 180 stopni. Spoglądam we wszystkich możliwych kierunkach nie patrząc. Przez chwilę jestem gdzieś, nie będąc. Wokół mnie toczą się jakieś dyskusje, ale nawet nie próbuję się do nich włączać z obawy przed tym co mogłoby się wydobyć z mojego gardła. Przynajmniej nie tracę czasu na stanie w korkach. Tam nad koronami drzew nie ma tłoku. Muszę jedynie pamiętać żeby uważać na linie wysokiego napięcia. Podejrzewam jednak, że nawet gdybym na nich usiadł, to nic by się nie stało. Jestem tak naładowany, że ewentualne uszkodzenia byłyby po stronie miasta. Tłumik, który do tej pory bezpiecznie leżał w szufladzie obok łusek i piór, jest już na swoim miejscu.
W dniu w którym opadły maski pewnie jak wielu innych ludzi na widok zbliżającego się tramwaju wkładałem odruchowo rękę do kieszeni w poszukiwaniu obowiązkowego kamuflażu. Nie ogoliłem się rano, ktoś pewnie nie zdążył pomalować ust. Czułem się nieco dziwnie, tak bezwstydnie wystawiony na widok publiczny. Na przywitanie słońca wyszły tłumy, odbierając mi tym samym mój park. Teraz pada deszcz, a ja poruszam się w przeciwnym kierunku do jego kropel. Schodami z liści w górę i do wewnątrz.
Czy w czyichś wspomnieniach ja też obrócę się w znikający przystanek tramwajowy? W kwiat maku z kroplą… deszczu? Rosy? Potu? W odręcznie malowany rozkład autobusów? W plastikowy trójzębny widelec obok solniczki zrobionej ze słoika z podziurawioną zakrętką? W podpisaną długopisem kasetę magnetofonową? W oślepiający śnieg? W ten jedyny w swoim rodzaju czas po kolacji?
Dostrajam swoje fale mózgowe do Króla Szwecji.
Czego i Państwu życzę.
Mitycznie się mylę. Ale przekuwam potknięcia w pancerz. Przekłuwam napędzany siłami przyrody balony dogmatów. Uwagi nie przykuwam. Po piórach na kowadle ani śladu.
Usiądź ze mną do tej zakazanej kawy. I nie rozmawiajmy o tym wszystkim co się dzieje. Wystarczy, że żołądek dyktuje mi co mam robić, a czego nie. Wystarczy, że świat od lat wylewa ścieki na moje życie. Zauważyłem, że teraz pisanie o sobie nie jest w dobrym tonie. Nie może nas nic boleć. Niedługo nie będzie można się uśmiechać. Ten ton… to toń. Nie wchodź tam boso. A jeżeli zdarzy ci się utknąć, zaczepić o coś zardzewiałego, to zerwę wszystkie struny ze wszystkich stron siebie, uplotę z nich linę i choć nie mam ci nic do zarzucenia, to jeden jej koniec będzie należał do ciebie.
jaki gatunek zasypia
jaką płcią wstaje
jak twardnieje w uwiądzie
jak wiele się wydaje
jak szybko powstać musi
jak długą drogę pokonać
by znaleźć kamień co kusi
stanąć na nim i wołać
coś jak rzeczywistość znana z okładek płyt
wydanych i niewydanych
wieje przeciągiem ze szpary w drzwiach
przez dziurkę od klucza bezkres
znikające za horyzontem pola kukurydzy
gdzieniegdzie przebijają się maki odciągając uwagę
od jednej róży koloru wiśni
toczy mnie
to czy mnie widzisz
nie zależy ode mnie