Zabiłem dziś perfumy, wiesz? Jakież to symboliczne swoją drogą: niechciany zapach, kupowany na siłę. Jak to się stało? W pośpiechu, żadna nowość. W tym samym pośpiechu, w którym każdy spacer zamienia się w bieg. Zapisuję w pamięci to wydarzenie jako drugi punkt niefajnych doświadczeń z perfumami. Pierwsze miejsce w dalszym ciągu należy do lanego poniedziałku sprzed wielu lat, kiedy to jakaś ciocia zamiast wody użyła flakonika z babcinym zapachem, lawendą czy innym różanym wrzosem. W każdym razie chyba już znam scenerię mojego ewentualnego końca: nad rozbitym pachnącym szkłem.
wosk
wieża ciśnień podnosi
wzrok ze słoniowej kości
węch pod wiatr emocji
wraz z wyrazem wysiłku
wnet strumieniem zagości
w ścianie okno lustrem
Niedomknięte okno, przeciąg delikatnie porusza firanką. Jej ruchy w nieregularnych odstępach odkrywają równoległe rzeczywistości. Jedną, drugą, trzecią… Tyle ich, ile punktów na moim ciele, znaczników rocznego cyklu naniesionych kilkoma inkantacjami. Ponownie słucham, chłonę każde zaklęcie, emanuję milczącym podziwem. Nie pierwszy raz zastanawiam się jakim cudem się tu znalazłem, choć przecież znam odpowiedź. W mglistej wizji przyszłości pomagają ruchy firanki, staje się ona wachlarzem przeczesującym nitki cukrowej waty. Tu przedziałek możliwości, tam spleciony warkocz obaw, jeszcze gdzie indziej natapirowana grzywka przesądów. Głowę trochę na bok, czy taka długość wystarczy? Lustro weneckie prawdę ci powie.
…
świa ty
świą ty nia
szuflada
Staram się łapać te poszatkowane resztki snu, ale wymykają się między palcami, przesypują się drobinkami nocnego piasku, rozwiewają i nikną z oczu. Zupełnie jak kiedyś obrączka, która ześlizgnęła mi się z palca podczas pływania w morzu. Jeszcze przez chwilę ją widziałem, próbowałem dosięgnąć, ale tylko musnęła przepływnie wnętrze mojej dłoni i zniknęła. Wszystkie skrawki marzeń sennych których nie udaje mi się złapać lądują w szufladzie z podwójnym dnem. Im dłużej w niej pozostają, tym trudniej mi się w nich rozpoznać. Są uwędzone, to nie mój zapach. I ciężko mi je dostrzec, system luster zawodzi.
meandry
Płaskowyż. Noc, oczywiście. Lód, a jakże. Księżyc pędzlem zanurzonym w rtęci wypełnił krajobraz. Tam gdzie nie udało mu się dotrzeć jego dzieło co jakiś czas kontynuuje nieregularna błyskawica. Gdzieniegdzie majaczy niewyraźna zakapturzona sylwetka, po niebie dryfują meduzy, kolejne źródła światła. Nad wszystkim unosi się eliptyczy kształt utworzony z dymu i kolców. Faluje, nieustannie zmienia się, kręci się równocześnie w różnych kierunkach. I rani od wewnątrz, a gdy uda mu się przebić niematerialną powłokę, to i wszystko na swej drodze. Staram się ukryć w dłoniach. Utopić w iluzji. Odwrócić uwagę opętaną choreografią. Niekiedy przegrywam.
węch
Czujesz moje pismo nosem? Ja idę ulicą i wącham kamienice. Mam na sobie filtr chroniący przed zapachami do których nie pasuję. Czyjeś pranie, nieczyszczona klimatyzacja, kuchenna chmura. Nabyta warstwa dodaje mi konturu, wycina mnie z rzeczywistości, tworzy ze mnie naklejkę i przykleja gdzieś gdzie mogę świecić, tuż za rogiem, za tym światem, za zerwanym rano kwiatem. Czuję, że nadal tam jestem. Moje palce pszczołami, kieszenie pełne pyłu, całą drogę powrotną będę tworzył plaster, zakleję nim dziurę w moim kształcie.
naklej
odklejam się z tej koperty
w rogu tylko fragment pocztowego stempla
poza granicami pojmowania
wyblakła panorama rozciągnięta
pub
Jestem w tym pubie. Mogę usiąść plecami do drzwi, zresztą obojętne, bo i tak nie spoglądam w ich kierunku. Już nie czekam, jesteśmy w komplecie. Piję prawdziwe piwo, po którym czuję się dobrze. Wodzę palcem po krawędzi kufla. Obok stoi pusty kieliszek po wiśniówce. Nie spoglądam nerwowo na zegarek, jestem rozluźniony, nad stołem unoszą się życzliwe spojrzenia, pod stołem splatają się dłonie. Pora nocy jest zupełnie nieistotna. Po wszystkim wracamy do domu. To niedaleko.
. _ . _ _ _ _
lżejszy = bliżej