Potrzebuję coraz mniej snu.
Chcę ich wszystkich wyrzucić z głowy.
Potrzebuję coraz mniej snu.
Chcę ich wszystkich wyrzucić z głowy.
Ubiorę się w liście. To kamuflaż. Nie dostrzeże mnie to, co nocą wyląduje na pustym szkolnym boisku. Nikt nie poświęci mi drzewa, chociaż mam własne mosty. Od wczoraj kicham umysłem. Stan baśniowy dla dorosłych.
Zabrali mi akwarystyczne tramwaje z zawsze wolną rufą.
W tych nowych ja jakiś taki stary.
Wychodzę na spacer, przejść się, idę. Staram się wyciągnąć głowę z dupy i dopiero wtedy zauważam innych ludzi. Zapłakana dziewczyna wychodząca z centrum medycznego. Dowiedziała się czegoś niedobrego o sobie? O kimś bliskim? A może już tam nie pracuje? Nastolatka siedząca na chodniku przy przystanku tramwajowym. Spojrzenie wbite gdzieś w niewidzialny punkt poza horyzontem zdarzeń. Niepełnosprawny mężczyzna któremu choroba wymalowała na twarzy permanentny uśmiech. Jak wygląda zły nastrój w jego przypadku? I tak dalej, nie wszystkich pamiętam, musiałbym chodzić z notatnikiem. Sądzę, że za dużo myślę o sobie. Tu tkwi jedna z przyczyn.
Polatam trochę nad okolicą. Wychodząc z domu zrobię smutną minę, podczas gdy wewnątrz mnie będzie wesoło trzaskać ogień. Bliźnięta w jednym ciele. Faza słońca. Jeszcze nie wiem jak mnie ona nastraja. Z pewnością otwiera we mnie pewne drzwi. Nic nie poradzę, że lubię przez nie zaglądnąć tu i tam, jutro i wtedy. Nie do końca biały, absolutnie nie czarny, z lekka zarumieniony. Śmiechy. Byłoby im do śmiechu, gdyby rozcięli ten worek a w środku znaleźli mnie. Nie dostrzegają, choć patrzą przez. Może to i dobrze. Morze. Styka się z górami. W moim przypadku. Tyle udało mi się pozbierać z mojej rozsypanki.
chyba napisałem już wszystko
tak bywa, że jestem pęknięciem w asfalcie
wypełnionym deszczem
tuż obok torów tramwajowych
codziennie jeździsz tędy do pracy
widzisz mnie?
a przecież to moje oko pękło
Będę rozmawiał o pieniądzach, a wolałbym o książkach.
Będę wracał do domu, a wolałbym nad rzekę.
Pójdę swoją ścieżką, a co mi tam.
miast marnowanych zwycięstwo marynowane
pachnące imbirem dżdżem
nie miazmatem nienazwanym
w smutek drzew nad nimi zasłuchane
W tę mgłę spoglądam niewidzącymi oczami. W tej mgle widzę tysiące słońc. W nią wyjdę. W niej się zasłuchuję. Mgłą oddycham. Nią zasnuwam ośrodki poczerniałe od wyładowań.