Jak struna. Ostatnia deska ratunku jeżeli chodzi o bezpieczne sposoby poprawiania sobie humoru – sklep muzyczny. Kupuję struny, choć dzisiaj nie wiem po co. Może jutro się dowiem. Kupuję struny, choć dziś ich pewnie nie zmienię. Może jutro mi się uda. Kupuję struny, licząc że zmieniając je zmieniam swoje strony. Jak w magnetofonie: taśma prawie cała się przewinęła, trzeba odtworzyć stronę B. Zmianie strun będzie towarzyszyła zmiana napięcia. Na-prę-że-nia. Napięcie. Do sklepu dotarłem na nogach. Na piętach.
rzyg
Zaraz zwymiotuję sobą, tym dniem, wczorajszym też, wszystkim co mam, a zostało niewiele. Wczoraj pozbyłem się wszelkich płynów z mojego organizmu. Uciekały każdym możliwym otworem, najwięcej oczami. Cofa mnie na myślo o dzisiejszym dniu. Targają mną torsje na myśl o tych wszystkich do zerzygania stałych czynnościach o stałych porach. Rzygam już teraz, a jeszcze niczego nie zjadłem, będę rzygał po drodze, będę gdy wrócę. Czym to przełamać, skoro pozbyłem się wszystkich sił. Najlepiej się położyć i może zadławić. Nie przejmuj się, ewentualny czytelniku. Tak naprawdę jestem tylko fikcyjną postacią, a wszelkie podobieństwo do prawdziwej osoby jest zupełnie przypadkowe.
Y
Drewniana różdżka oszukała mnie, być może dlatego, że kiedyś najprawdopodobniej była procą. Próbowałem po prostu odnaleźć drogę przez dzień, jak zawsze. Błądząc po owocowym sadzie w pewnym momencie nie zauważyłem wysuszonej studni. Głucho, dobrze wytłumiona, nie ma żadnych odbić. Nie wiem jak długo tu już jestem. Zrobiło się już bardzo ciemno, okrągły otwór nade mną wypełniły obce i złe gwiazdy. W pewnym momencie przygasły, w otworze zamajaczyła niewyraźna męska sylwetka.
…
Szkoła muzyczna. Drugie piętro. Wieczór. Czekam na lekcję fortepianu. Patrzę przez okno. Ciemno. Mokro. Myślę o tym, że gdy wrócę do domu czeka mnie jeszcze odrabianie lekcji na jutro. Nie chcę tu być. Chciałbym być gdzie indziej. Jestem zupełnie sam na tym korytarzu.
szkic
Moje słowa wybitnie nie trafiają w czyjś czas. Odkładam je więc na bardziej odpowiedni moment, zapisaną kartkę papieru chowam na przewiewnym strychu. Dla pewności uchylam jeszcze okno, niech zachowa się nienaruszona.
utworzył
prawie rok temu gdy padły te konkretnie słowa tego utworu rozpadłem się na milion kryształków bo tak bardzo tego pragnąłem tak bardzo mi tego brakowało o niczym innym nie marzyłem i przeglądałem się w tym milionie zwierciadeł i nie rozpoznawałem się w żadnym odbiciu aż nagle jeden zatlił się jakimś echem blasku i rzucił na ścianę świetlnego zajączka a pozostałe zwielokrotniły projekcję nadając jej ostrość i ostateczny kształt słonecznie księżycowego kota
widziadło
widzę tyle przyszłości
że aż oczy krwawią
mechaniczny poranek
Pętla kręci się nieprzerwanie. Zerwane kartki ze ściennych kalendarzy zaśmiecają podłogi kolejnych cel, można już w nich brodzić po pas, a gdy upaść na kolana, to i poszyję. Ale nie ułatwimy niczego kręcącej się pętli. Przeszywający dźwięk otwieranej gdzieś bramy, strażnicy zajmują swoje miejsca. Otwieram oczy by zaraz je zamknąć. Udaję sen, jak prawie za każdym razem. Udaje mi się nie stawić na porannej zbiórce wykreślając się tym samym z harmonogramu dnia. Małe zwycięstwo świętuję oddając się sobie. W końcu sobie, po tylu latach uciekania w chorobę – nareszcie sobie. Pętla kręci się nieprzerwanie coraz bardziej się zaciskając. Systematycznie wyciągam z niej włókna, mieszam je ze zwątpieniem i strachem (można ich nie odróżnić, są tego samego koloru, strach jest błyszczący, zwątpienie matowe) i tkam z nich dwie wstęgi. Po jednej z nich opuszczę się z okna, drugą rozciągnę nad przepaścią i przejdę po niej balansując całym ciałem. W jednej ręce będę trzymał gitarę, w drugiej karton z płytami cd, dzięki nim utrzymam równowagę.
– A w jaki sposób przywiążesz drugi koniec wstęgi, przelecisz nad tą przepaścią czy jak?
Spierdalaj. Zdupcaj do swoich antyków, herbów i stron internetowych poświęconych iluminatom. Tam po drugiej stronie ktoś będzie na mnie czekał, rzucę mu koniec wstęgi. Wiem, że trudno ci to zrozumieć, bo na ciebie nikt nigdy nie czekał, nie w ten sposób.
Pętla kręci się nieprzerwanie, coraz bardziej cienka. Nie zrobi mi krzywdy nawet gdy się zaciśnie. Zresztą najprawdopodobniej i tak wcześniej się zerwie.
przy się
Muszę usiąść. Muszę. O, tu będzie w sam raz. Niby niedaleko, a tak naprawdę gdzieś daleko stąd. Skąd? I w dodatku wieje. Jest mokra, chcę przemoczyć spodnie. Chcę czuć zimno na pośladkach, a opierając po bokach dłonie chcę nawbijać sobie drzazg. Chyba już się nie ruszę. Poobserwuję sobie zmiany pór roku. Urosną mi włosy, może wtedy na mojej głowie ptaki uwiną sobie gniazdo. Nie wstanę.
kAc
Upiłem się życiem, o czwartej nad ranem obudził mnie kac. Taki najprawdziwszy, zapamiętany z czasów picia. Do pełni szczęścia brakowało tylko nudności, ale coś czuję, że jeszcze wszystko przede mną w tym temacie. Poza tym cała paleta typowych doznań: suchość w ustach, niepokój, odrealnienie, słabość, zapadanie w krótki sen z przedziwnymi wizjami (najwyraźniej zapamiętałem tę, w ktorej moi bliscy siedzieli jakby w okręgu wokół mnie i głośno do mnie bełkotali niezrozumiale). Po trzech tabletkach modliłem się tylko o szklankę, najlepiej tego roztopionego śniegu. Z tych okruchów które będę zbierał.