Podczas spaceru pomyliłem gwiazdę z dźwigiem.
Na tej półkuli to pół biedy.
Podczas spaceru pomyliłem gwiazdę z dźwigiem.
Na tej półkuli to pół biedy.
W tej rzeczywistości, w której czas wolny człowiek musi sobie wykrawać, tak jak musi niekiedy wykroić kawałek siebie i wysłać gdzieś do badania, kasztany potrafią dodać otuchy. I te rozjaśnione uśmiechami twarze dziewczyn, które już za chwilę będą sobie powiększały usta, a z ich kolczyków mógłbym sobie zrobić bransoletki na nogę… Na widok spadających na ziemię kasztanów odkładają smartfony, podnoszą jesienne owoce, oglądają je, niektóre chowają do kieszeni, na moment zdejmują maski youtuberek, szkolnych celebrytek, stając się po prostu sobą.
Wielokrotnie trzaskam obrotowymi drzwiami żeby w spokoju móc poczytać. Znowu mogę, ponownie chcę, na nowo lubię. Odwiedzam miejsca, od czasu do czasu, w których zostawiłem połowę życia. Nachodzi mnie taka refleksja, że gdyby ktoś mnie zapytał o ostanie dwadzieścia parę lat, to w zasadzie nie ma się czym chwalić. Może to i dobrze? Za to w kwasie mam mnóstwo zasług.
Przecież to ja!
Jadę na rowerze przez łąki, przez pola, przecinam wrzosowiska, mknę leśnymi skrótami, zwalniam na piaszczystych ścieżkach wzdłuż rzek. Po drodze mijam mnóstwo słupów łączących kropki na pięcioliniach wysokiego napięcia. W biegu zrywam przewody, ich naręcza zwisają z koszyka na kierownicy, przypominają wiązki chrustu. Tak bardzo pragnę kontaktu, że wyrywam wtyczki.
Przy wtórze kościelnych organów odwracam się od lustra i staję przed szybą. Wilgotną, choć za oknem nie pada, czasami tylko mój wzrok napotyka spadające liście, co niezmiennie mnie cieszy. A może jest na odwrót? Może odwracam się od okna i niemalże wpadam na lustro? Smugi na szkle świadczą o tym, że prawdopodobnie właśnie jestem w trakcie sprzątania. Nic nowego. Potykam się o tabletkę i wypijam uspokajającą kawę. Nic nowego.
To miłe uczucie, tak wygrywać bez większego wysiłku. Czuję się jak generał siedzący w luksusowym namiocie z dala od pola bitwy, przekazujący adiutantom kolejne rozkazy i odbierający same dobre wieści. Nie dociera do mnie bitewny zgiełk, choć starcie z wrogimi siłami rozgrywa się najbliżej jak to tylko możliwe: w mojej głowie. O Bitwie pod Mózgiem dzieci nie będą uczyły się w szkołach, a szkoda. Prędzej czy później każde z nich stoczy ją samodzielnie. Biorąc pod uwagę to, jak wygląda dzisiejszy świat, raczej prędzej.
Jestem latawcem, wiesz? Na uwięzi, ale jednak latam. I to w dodatku ja sam trzymam w dłoni żyłkę. Żyłę z której wysysam jad. Tętnię więc życiem. Puszczam się na wzgórza szczycie.
Codzienność upycham gdzie bądź. W porannym tramwaju, w popołudniowym autobusie, w przychodni lekarskiej, w sklepie jednym, drugim… Przez cały dzień z całych sił staram się nie myśleć o tym, co zarezerwowane jest na ten raz krótszy, raz dłuższy moment przedsnu. Za zamkniętymi powiekami dzieją się rzeczy, o których nie śniło się psychoterapeutom. Trzymam się ich, przywiązuję się do nich trochę jak do złamanego masztu. Dzięki nim udaje się jakoś odpłynąć.
Muzyka końca lata, muzyka końca życia. Przynajmniej chwilowo wszystko się kończy. Usuwam się w cień, przez jakiś czas nikt nawet przypadkowo mnie nie dostrzeże. Wolę ten drugi temat muzyczny, za to pierwszy ma wstrząsająco piękny teledysk. Polecam. A teraz szukam jakiejś szpary w listwie przypodłogowej. Tam sobie będę tkwił.